czwartek, 4 grudnia 2014

Wintertime love

Nadchodzi zima, kryję się więc pod kocem. Nadchodzą uczucia, kryję się więc pod kołderką cynizmu. Och, jak miło udawać zblazowanie, egzaltację, pogardę! Co za wspaniały brak emocji! Jak dobrze poczuć się przez chwilę czarnym charakterem rodem z dziewiętnastowiecznej prozy dla znudzonych dam! Bunkruję się, zakopuję coraz bardziej,by nie dopuścić do siebie altruizmu, ani wątpliwości. 

Nigdy więcej, etc. Wkopuję się w dawno nieodwiedzane zakamarki, w rytm Depeche Mode. Bez muzyki nie jestem w stanie zrobić nic. Cóż, tu nie ma nawet żadnego "again". Urojenia to wszystko, czym w tej materii kieruje się mój mózg. Nie mamy wpływu na innych, a odrzucenie boli tylko, gdy tożsame jest z ujawnieniem swych uczuć. Tak długo, jak obiekt o nich nie wie, nic nie może mi się stać. Nie wyjdę co prawda ze skorupy nieczułości, ale też nie narażę się na śmieszność. 

Walka o uczucia? Nie. W samym pojęciu walki kryje się tyle agresji, że aż niedaleko od niej do zniszczenia, a ja nie chcę niszczyć. Co zresztą jest złego w platonicznych uczuciach? Rozbudzasz się, pobudzasz kreatywność, twój humor się wyostrza, a nikt nie wie, co jest tego powodem. Doskonale. Obiekt niedostępny nigdy cię nie zrani, nie ma takiej mocy sprawczej. 

Najlepiej więc obiekty odczłowieczać, określać mianem mięsa, którego przecież starasz się unikać. Obiekty bez imion, obrazki, nie ludzie. 

Wiem, że nie mogę sobie pozwolić. Nie chce mi się testować mojej siły. Tak, nie chce mi się z czystego lenistwa wystawiać na pośmiewisko, po raz kolejny zmieniać towarzystwo. Nie chce mi się. Najpierw musiałabym wiedzieć, że gra jest warta świeczki, ale, jako, że jest ona jedynie chorym, całkowicie absurdalnym wytworem mojego umysłu, doskonale wiem, że nie jest warta czegokolwiek. Trudno, nawet nie żałuję. Przynajmniej na nowo rozbudzam kreatywne myślenie. Mam z czego żartować. Z siebie. 

Pójdę więc kolejny raz. Witając się z wszystkimi. Wyglądając świetnie. Bawiąc się i mówiąc głupoty. Pójdę i po raz kolejny nie dam nic po sobie poznać, bo niby dlaczego? 

I'm not dead. Zdecydowanie czuję, że żyję, więc może to nie jest takie złe? Niech tylko zostanie platoniczną tajemnicą, w końcu samo przejdzie.

piątek, 21 listopada 2014

Pozdro 660

Przyszedł czas na zabicie kotka. Jest mały, śliczny, ciepły i dający nadzieję, jednak pamiętać należy, że nadzieja ta jest całkowicie abstrakcyjna. Nie wynika absolutnie z niczego. Sama wkładam do głowy niewłaściwe myśli. Oczywiście, że nie znajdą one ujścia w sposób, którego chcę. Pozytywne myślenie, tego typu rzeczy. Jasne, jestem ich zwolenniczką, jednak czy samo pozytywne myślenie może zamienić sytuację z góry przegraną w wygraną? Śmiem wątpić. Z jakiego punktu nie patrzeć, mój mózg chce się przywiązywać. Chce się wiązać. Nie wychodzi mi bycie radosnym singlem. Owszem, lubię być sama, jednak nie znoszę być samotna, a tak czuję się chcąc czegoś, czego nie mam jak dostać. Z jednej strony zawsze jest jakaś szansa, w najbardziej optymistycznych momentach mówię nawet, iż wynosi ona 50% (uda się, albo i nie xD), w tym jednak wypadku nastawiona jestem nad wyraz pesymistycznie, w czym nie pomaga mi brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia, mogącego zmienić mój stosunek do sprawy. Mam wsparcie, ale wrodzona głupota nie pozwala mi w pełni go docenić. Mogę działać i się wygłupić, albo nie robić nic i nie mięć możliwości bycia "zhejtowaną", ale wiedząc jednocześnie, że efektem braku działania będzie brak stanu rzeczy.

Za bardzo się przejmuję, mam śmieszny mózg. Po prostu to byłoby takie miłe... a brakuje mi miłych w ten sposób rzeczy. Egoizm czy empatia, a może coś jeszcze innego? Sama już nie wiem.

poniedziałek, 3 listopada 2014

nie

Już nie. Permanentne poczucie winy za czyny niedokonane. Podległość, pełzanie i wykluczenie. Odrzucenie i brak szacunku. Już nie. Brak wytłumaczenia. Już nie. Ile można dawać? Jak bardzo pustą i wysuszoną wydmuszką można się stać, będąc kierowanym szeroko pojętą empatią? Czas pomyśleć o sobie, jednak nie jest to łatwe, gdy dojdzie się do wniosku, że ta droga prowadzi w jedną stronę bez możliwości nawrócenia. Światło po prostu powoli gaśnie. Coś jawi się w kąciku, by za chwilę zniknąć. Coraz ciężej przychodzi radzenie sobie z rzeczywistością. Pojawia się chęć, by przyspieszyć. Docisnąć pedał gazu do oporu, będąc powodowanym głównie nieumiejętnością prowadzenia. Goodbye, blue sky. Utwierdzam się w przekonaniu, że to nie dla mnie. Chcę polecieć, poczuć wolność, siłę. Poczuć, że panuję nad sytuacją. Nigdy więcej nie dostąpić wrażenia przeciekania przez palce. Gdzie ja w ogóle jestem? Co robię? Kim i po co istnieję? Wszystko, co dla mnie cenne, powoli i nieubłaganie umiera. Patrząc na to, wnętrze rozpada mi się na co raz to mniejsze kawałki. W którym momencie uruchomiłam zapalnik, który zaczął ten mały koniec świata? Czyżby nastąpiło to wraz z końcem października pewnego radosnego roku? Gniję. Aż za mocno czuję swój własny smród. W głowie kręci się wielka karuzela. Wydaje mi się, że w tym właśnie momencie pęka ostatnia, najmocniejsza nić. Jedna, nieistotna, niezauważona mistyfikacja.

poniedziałek, 13 października 2014

Na zawsze

Pewność. Wszystko rozbija się o nią, Można robić, działać, być, można czuć się spełnionym i szczęśliwym, ale skąd pewność, że stan taki będzie trwać? Gdy dostaniesz palec, zechcesz całą rękę, Będziesz ciągnąc, aż urwiesz, wyciskasz, aż wyschnie, dusić, aż umrze.  Dlaczego? Bo masz pewność. Możesz, bo tak będzie zawsze. Zapominasz, że nawet ciało nie jest dane na wieczność. Kiedyś się z nim rozstaniesz, jak więc możesz sadzić, że potrafisz zatrzymać? Przepływa przez twoje palce. Płynie powoli i delikatnie, niezauważalnie. Obudzisz się dopiero po napisach końcowych, jak zawsze i jak zawsze będziesz powtarzać, że następnym razem zachowasz ostrożność.

wtorek, 2 września 2014

ohne

Nie mogę być bez ludzi. Muszę nauczyć się być dobrym człowiekiem w samotności, jednak nie służy mi ona. Chcę tylko, by ktoś, ktokolwiek, szczerze powiedział: "wiem, jak się czujesz; tylko spokojnie". Nie będę jednak zawracać głowy. Każdy ma swoje problemy i powinien sobie z nimi radzić. Wypadałoby udać się do specjalisty, jednak szkoda mi na to pieniędzy. Taka osobowość. Jestem emo. Mam nawet grzywkę.

Upragnione słowa powie moje drugie ja, nikt więcej. Deal with it, Thilde.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Forever and ever

Jakbym niczego się nie nauczyła. Cofam się o rok. Pięknie, miło, wspaniale. Czuję się jak życiowy nieogar, śmieć etc. Przez parę godzin było miło, ale następnie trzeba było wrócić do rzeczywistości, wraz z którą wróciły wspomnienia. A może bym mogła? Może mogę? Wiem, że nie jest to prawdą. Jestem w stanie, ale nie mogę, bo po co? Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Upłynęło trochę wody, ale rzeka wciąż ma tę samą nazwę. Urok nowości musiał ulec urokowi czegoś nieuchwytnego. Nie mam pojęcia co zrobić? Przepraszać? Odezwać się? Całkowicie zignorować? Nigdy nie byłam dobra w te sprawy. Zawsze traktowałam je z nonszalancją, co kończy się smutno. Nagle poczułam się staro i bezużytecznie. Człowiek naprawdę umiera z braku miłości. Nie można jednak szukać jej desperacko, ponieważ niczego to nie zmieni. Również wracanie w większości przypadków nie ma sensu. Mam, co chciałam, dowiedziałam się, że się da. Czy to jednak coś zmieni? Nie mogę znowu przewrócić życia o 180 stopni. Teoretycznie dopiero zaczęłam je ogarniać. Moja teoria cykliczności znów się sprawdziła. Ciekawe, czy kiedyś będę mogła popłynąć z nurtem, bez obawy o utonięcie. Teraz to ja nie mam co dać. Czuję się jak rzecz. Co się ze mną stało? Co się dzieje? Dlaczego, gdy tylko zaczyna być lepiej, robię jedną głupią rzecz i znowu płaczę? Jestem głupia. Okazuje się, że miałam to, czego potrzebowałam, tylko byłam zbyt ślepa, żeby to dostrzec. Nie można być głupszym. Jak mogłam nie widzieć oczywistości? Istniała możliwość szczęścia, a ja zaprzepaściłam ją swoim dziecinnym zachowaniem. Naprawdę spieprzyłam. Bardzo proszę mnie dobić. Nawet kot już zdechł. Wszystko umarło, a mi wystarczy słowo, żeby na nowo się obudzić. Mam cokolwiek proponować? Wtedy będę żałosna i zostanę odrzucona. Chyba chciałabym na nowo wskoczyć do rzeki. Chcę, ale po co? Same pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, a nie mam komu ich zadać. Nie chcę się wygłupić. Naprawdę cisnęło mi się na usta, dobrze, że nie chciało przejść przez gardło. Chyba rzeczywiście zdarza się raz, a ja popisowo to popsułam. Przecież jako kobieta powinnam doskonale wyczuć prawdę. Fakt, że tego nie zrobiłam, znaczy, że byłam głupim dzieckiem, które nie wiedziało co robi. Z każdym kolejnym czuję coraz mniej. Może właściwie nic. Może to dobrze. Może tonę w morzu wątpliwości. Trzy lata poczucia przegranej, które po kolejnym roku okazało się być błędne. Jestem imbecylem. Całkowicie zniszczyłam swoją szansę. Jestem antywzorem. 7.45. Wróciłam do siebie. Jestem okropnie śpiąca, ale wiem, że teraz nie zasnę przez kilka dni. Chyba znów muszę znaleźć oczyszczającą pracę fizyczną. Co mam robić? Odezwać się? Wygłupić? Czy zostawić wszystko w tej bagnistej beznadziei? Niech ktoś mi pomoże, bo sama nie dam rady.

Wtedy też słuchałam Pink Floyd.

środa, 6 sierpnia 2014

Wreszcie

Nie wiem co się dzieje. Nie wiem, co się zdarzy, ale jestem gotowa. Wezmę na klatę całą odpowiedzialność, za to co się stanie. Kiedyś trzeba, w końcu istnieje tylko "teraz".  Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. Nie mam nic do stracenia. Niech się dzieje.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rak

Piję od tygodnia, a ilość wypalanych papierosów podobno przeraża moich znajomych. Cóż, i tak umrę na raka. Raka serca. Moje starania nigdy nie miały sensu, są walką z wiatrakami. Równie dobrze mogę i powinnam się poddać i mieć wszystko głęboko. Nie jestem romantyczna. Wierzę w dogadywanie się, ale nikt, kogo poznaję, tego nie podziela. Wzruszenie ramionami i zatykanie uszu. Nie czaruję, ponieważ nie posiadam mocy nadprzyrodzonych. Jestem zbyt ulotna, żeby cokolwiek. Trudno. Cześć raku, poznajmy się- to z tobą spędzę resztę życia.

wtorek, 29 lipca 2014

Zazdrość, straszna rzecz

Jesteśmy ludźmi. Umówiliśmy się już, że to najgorsze stworzenia na tej planecie. Jesteśmy hipokrytami, którzy wykorzystują innych, a nade wszystko im zazdroszczą. Czego? Wszystkiego i niczego. Oddychamy zazdrością. To ona motywuje nas do starań: "wybrał ją, bo jest ładniejsza? już ja mu pokażę ładną dziewczynę!", "dostała stypendium naukowe? przecież nie mogę być gorsza!", "ma świetne ciało? zawezmę się będę mieć jeszcze lepsze!".

Zazdrość w rozsądnych ilościach jest dobra. Ja jednak nie zazdroszczę. Jedynie podziwiam i motywuję się w swoim tempie. Czym by nie były rzeczy, są tylko rzeczami, więc jeśli zechcę, będę je mieć. Ja zazdroszczę jedynie ludzi. Tylko człowieka nie da się zawłaszczyć bez jego woli. Patrzę na ładne osoby, ubrania, ciekawe wydarzenia, zdjęcia z wakacji. Co więcej, oglądanie tego sprawia mi przyjemność. Gdy jednak patrzę na ludzi- zaczynam zazdrościć. Chcę mieć ludzi. Nie mam ludzi.

Nieważne co postanowię, nie będę ich mieć. Nie jestem osobą zdesperowaną, by ich kupować. Nie jestem też osobą głupią, by sądzić, że kupione znajomości przetrwają próbę czasu. Nie handluję więc. Nigdy nie lubiłam handlu. Stoję z boku i patrzę, jak ludzie się sprzedają. A robią to często i na sto różnych sposobów.

Sprzedają się idei, pracy, rzeczom, by w końcu sprzedać się innym ludziom. Przy całej chęci posiadania, muszę jednak zrozumieć, że posiadanie obustronne polega na tym, iż sama stanę się przedmiotem. Stojąc z boku i patrząc, co prawda cały czas zazdroszczę, jednak pozostaję podmiotem. Kwestia priorytetów. Wolisz być szczęśliwym przedmiotem czy nieszczęśliwym podmiotem?

Wybrałam dawno temu. Pozostaję podmiotem. Gdy wszystko się zmienia, gdy ludzie stają się przedmiotami, ja pozostaję podmiotem. Jasnym i oczywistym jak idea. Status quo został zachowany. Jestem podmiotem z całym ciężarem tego słowa, z całą goryczą jaka się za nim ciągnie, ale i z całą gamą możliwości. Przedmiot możesz wyrzucić. Podmiotu nigdy nie złamiesz.

piątek, 25 lipca 2014

Chaos

Jestem w momencie, w którym wszystko jest ciemne. Nic się nie wykrystalizowało. Czuję, że coś przekuwa się w coś innego, jednak by to zobaczyć, potrzebować będę czasu. Cennego czasu, który tak bardzo lubię marnować. Nitki są poplątane. Stoję i pytam, czy w tym wszystkim jest jakikolwiek sens. Na razie bowiem panuje chaos. Poszczególne elementy układanki są fragmentami losowymi. Jeden od drugiego dzieli duża przerwa. Być może niektóre z nich należą do innej zagadki i niebawem będę zmuszona je odrzucić. Może się jednak zdarzyć, że już w tym momencie posiadam wszystkie części całości i nic ponad to, jedyne zaś, czego nie umiem, to ułożenie ich w odpowiedniej kolejności. Słowa spadają na puzzle, przysłaniając ich obraz. Zbyt wiele słów. Zbyt wiele uciekania przed ciszą, która w odpowiednim towarzystwie jest największą z przyjemności.

Chwytam w garść kilka elementów. Odchodzę, by dopiero po czasie spojrzeć, co właściwie trzymam w ręce. Stało się, mam, co wzięłam. W tym momencie jedyne co mogę zrobić, to w jakiś sposób dopasować te fragmenty do ich otoczenia. Czy lepiej dopasować otoczenie do nich?  Obecnie nie wiem wiele, oprócz tego, że w tej ciszy się dzieje. W zawieszeniu zmienia się więcej, niż podczas akcji. To właśnie teraz decydują się losy.

środa, 23 lipca 2014

Żal

autor: Davide Dormino

Byłe dziewczyny byłych to najgorszy rodzaj kobiet. Zakleszczają cię w przeszłości, gdy próbujesz iść do przodu. Zostawiają zadrę pod tytułem: "do niej czuł więcej". Są zawsze ładniejsze, mądrzejsze. Wszystko przychodzi im bez wysiłku. Łatwo, szybko, zgrabnie układają sobie życie i kolejne związki. Łatwo, z gracją tancerek poruszają się w skomplikowanych układach towarzyskich.

Umieją wykorzystywać innych i przekuwają to w praktykę. Prą do przodu niczym czołgi, niszcząc wszystko. Na co dzień nie zauważasz ich obecności. Są jak cicha wojna. Widać ją dopiero, gdy reszta sytuacji całkowicie się uspokoi. Wychodzą niczym trupy z szafy. Małe, śliczne, kochane zombie, które nie pozwalają ci spać.

Nieważne co zrobisz, one zawsze będą o krok przed tobą. Będziesz strać się być lepsza od nich, ale ci nie wyjdzie. Jesteś zaszufladkowana. Wsadzona do szuflady z napisem "otworzyć tylko w sytuacjach wyjątkowych". Zaszufladkowana jako ta gorsza. Możesz stawać na rzęsach, nigdy jednak nie dorównasz wspaniałej byłej.

Myśl ta zasadza się z tyłu twojej głowy. W prawym dolnym rogu. Ciągle postukuje. Całymi dniami słyszysz echo. Źle zaczyna być jednak dopiero, gdy inne myśli usną. Ta nie śpi bowiem nigdy. Bawisz się zbyt dobrze, musisz więc odchorować. Najgorszym rodzajem kaca moralnego, kwestionującym całe twoje dotychczasowe życie.

Aż w końcu nie chce ci się nic. Po co czegokolwiek próbować? I tak zawsze będziesz na przegranej pozycji. Zamykasz się. Całymi dniami siedzisz w ciszy i życiowym nieogranięciu. Zbroisz się na wojnę, którą i tak przegrasz. Twoje przygotowania nigdy nie są dokończone, ponieważ zbytnio się spieszysz.

Imiona postukują z tyłu. ABCDEFGH... wszystko zlewa się w ciąg, nieoddzielonych spacją, liter. Stuk, stuk, wbijają ci się do głowy myśli. Demotywacja i brak sensu. Okrucieństwo cudu narodzin. Nie podoba ci się fakt, że na świat przychodzisz bez pytania o zgodę, zaś aborcyjne dylematy poruszane na forum publicznym komentujesz mówiąc: "tak, mogąc wybrać wolałabym się nie urodzić" Wiesz, że cokolwiek będziesz próbować, tylko to jedno zdanie będzie prawdziwe.

Nikt nie pytał mnie o zdanie przed narodzinami. Nikt. Moje największe marzenie nie zostało spełnione. Radosne chwile przez najbliższe 60 lat będą stanowić jedynie przerywnik w walce o przetrwanie. Walce okupionej samotnością i brakiem emocji. Jestem starcem.

Stuk, stuk. Imiona. Ładne imiona ładnych ludzi. Szkoda, że ty taka nie będziesz-mówią do mnie. Ty masz walczyć. Ja jednak nie czuję potrzeby, siły ani motywacji do walki. Jestem pacyfistą. Nie walczę. Leżę. Można mnie kopać. Pogodziłam się z byciem osobą żałosną.

Gdyby tylko ktoś zapytał o zdanie...

piątek, 18 lipca 2014

Ryc.1.

Sposób, w jaki funkcjonuje mój mózg:

1.Samotność to zło
2.Jestem samotna.
3.Ergo: jestem zła.
4.Nie chcę być zła.
5.Nie mogę więc być samotna.
6.Chcę związku, teraz, już, natychmiast!
7.Moment, chłopak z łapanki?
8.Kolejne rozczarowanie, nigdy więcej.
9.Co zrobiłam źle?
10.Jestem samotna.

Niniejszym składam samokrytykę. Drodzy czytelnicy, wiedzcie, że gdy krytykuję was, w dużej mierze wywlekam na wierzch własne wady, jeśli więc czytając moje posty czujecie się, jakbym wyzywała was od najgorszych wiedzcie, że tak jest. Wyzywam was, ale jeszcze bardziej wyzywam siebie. Z tym, że skoro jedna osoba popełniła już idiotyczne błędy, czemu miały by być one powielane? Skoro macie okazję uczyć się na moich, wyjątkowo głupich, pomyłkach, skorzystajcie z niej. Zaoszczędzicie sobie wiele zdrowia. Mnie już ono raczej nie wróci, nic więc nie stoi na przeszkodzie ku staniu się waszym katalizatorem.

Jesteście hipokrytami, to równoznaczne z byciem człowiekiem. Nie chcecie robić innym krzywdy, lecz nieudolnie robicie tym większą. Niczym morderca torturujący ofiarę- laik torturuje równie długo i skutecznie jak mistrz. Jedynie średniak ma możliwość stania się najlepszym. Niniejszym gloryfikuję przeciętność. Brudną, słabą, szaroburą, pełną krakowskiego smogu i delirycznej atmosfery, przeciętność.

Tak działa mózg nocą, gdy usypiają pragnienia, a budzą się lęki.
Tak działa trzeźwy mózg.
Tak działa mózg osoby, która szukając nowych bodźców dochodzi do wniosku, że potrzebuje nie być sama.

 W ten sposób funkcjonuje umysł człowieka, który sam siebie nieudolnie skazał na samotność.

Nieważne kiedy, gdzie i z kim. W środku zawsze będę sama. Przewegetuję wiele czasu w komfortowym mieszkaniu, z muzyką, używkami i wyćwiczonym ciałem, które raz na dwa lata oglądać będzie jedynie lekarz.

Nikt nie chce takiego życia. Dlatego właśnie uczucie się na moich błędach. Dlatego sprawdźcie, czy chwilami wasze mózgi nie działają tak, jak mój. W razie podobieństwa wskazana jest natychmiastowa kuracja zimną wodą spod prysznica.

czwartek, 17 lipca 2014

Typowi

Chcemy na raz. Wszystko już. Czekanie w restauracji przerasta nas, ponieważ marnuje czas. Jemy więc w fasfoodach. Czekanie na wartościowy związek marnuje jeszcze więcej czasu, zabawiamy się więc z kim popadnie. Beztrosko bawimy się, by raz za razem zaliczać kaca i mówić sobie "więcej nie będę (...)".

Żałosne. Oczywiście, że będziesz. Będziesz, ponieważ nie umiesz panować nad swoimi nogami. Szczycisz się mianem nowoczesnego, wyzwolonego człowieka, który raz za razem zalicza stany depresyjne powodowane tym, że nie potrafi stworzyć stałej relacji. Dlaczego nie potrafi? Bo nie chce. Wygodniej jest być tępym dzieciakiem. Wygodniej jest zmieniać zabawki. Wygodniej jest mieć od razu, niż za jakiś czas.

autorka zdjęcia: Liliana Karadjova 


Wygoda. Strefa komfortu. Wszystko podporządkowane świętemu spokojowi. W tej pogoni za spokojem typowy Piotr z typową Kasią zapominają o najważniejszym. Zapominają, że rzeczy większe da się stworzyć tylko, gdy wyjdzie się ze strefy komfortu. Ale w niej jest ciepło, miękko i przyjemnie! Kojarzy się z czymś, prawda? Dokładnie o to chodzi. Typowi wolą siedzieć w ciepłym, miękkim i przyjemnym gównie, niż ruszyć do przodu. Typowi boją się po sobie posprzątać. Wolą nasmrodzić, by następnie męczyć całe swe otoczenie o posprzątanie po nich.

Naprawdę chcesz być typowy? Super, masz do tego prawo, nie oczekuj jednak spełnienia. Uciekanie od rzeczywistości w końcu przerośnie cię, przygniecie i dobije. Skończysz na wysypisku śmieci, jako nikomu nie potrzebny, przestarzały model; co najlepsze nie będziesz mieć prawa się użalać. Wiesz dlaczego? Dlatego, że teraz masz prawo wyboru. Możesz wybrać, czy wolisz siedzenie w ciepłym gównie, czy ruszenie w odkrywczą przygodę. Wybierasz w każdej chwili. Wybierasz teraz, gdy czytasz ten tekst; skoro zaś go czytasz, daj mi odczuć, że nie został napisany na darmo i rusz na swoją przygodę. To one sprawią, że będziesz mieć o czym z dumą opowiadać wnukom, a śniąc nie będziesz przeżywać niespełnionych dziecięcych marzeń, tylko ponownie projektować swoje życie.

środa, 16 lipca 2014

Dlaczego nie dzwoni?

Kolejny dzień przedłużonej sesji egzaminacyjnej skutkuje nadmiarem postów na hipsterskim blogu. Cóż, tak to będzie wyglądać jeszcze przez długi czas, ponieważ nie zamierzam zamęczać moich znajomych osobistymi przemyśleniami, a w wielkiej i szerokiej sieci czasem znajdzie się ktoś, kto je przeczyta i wyrazi swą opinię.

Od dłuższego czasu jestem fanką bloga "Pokolenie Ikea", który w bezpośredni, nierzadko wulgarny sposób, obnaża hipokryzję współczesnych 20+. Jednym z najczęściej pojawiających się tam tematów są listy rozhisteryzowanych dziewczątek. Młodych, ładnych, wykształconych, z dobrą pracą. Te oto osoby, z naiwnością godną gimnazjalistek, wylewają żale na temat swoich kochanków/chłopaków/narzeczonych/rzadziej mężów. Blog pęka w szwach od narzekań niewyżytych, niedojrzałych pseudo kobiet.

Autorzy zdjęcia: Luciana Val & Franco Musso http://www.valmusso.com/
Streszczając problem, wygląda on w następujący sposób: nasza bohaterka, typowa Kasia, idzie do łóżka z pierwszym lepszym facetem, który jej się spodoba. Zna go zaledwie od paru godzin, nie przeszkadza jej to jednak w uprawianiu seksu i snuciu dalekosiężnych planów obejmujących wystrój sypialni dla dziecka. Wie, że jej zachowanie jest zaprzeczeniem postępowania osoby, która chce doprowadzić do stworzenia stałego związku. Wie o tym i bawi się doskonale.

Otrzeźwienie przychodzi dopiero kolejnego dnia. Typową Kasię łapie wtedy elegancki kac moralny. Kac pod postacią przystojnego faceta, wspomnienia ubiegłej nocy. Przecież wszystko miało być tak pięknie! Już widziała, jak rzeczony podjeżdża po nią z wielkim bukietem kwiatów i szampanem. Już witała się z gąską, a tu... null. Zero. Nic. Jedna wielka nicość. Dzwoni więc do koleżanki, pisze maila do Pana Ikei i rozpacza nad winem, papierosem i smutną muzyką. "Dlaczego on nie dzwoni?"- dopytuje się wszystkich naokoło, tym samym irytując po kolei wszystkich znajomych. "Wczoraj było tak dobrze! Bawiliśmy się świetnie."-może nawet powiedział, że ją kocha. Nieważne. Nieważne, ponieważ sama zapomina, co zwykła mówić po takiej ilości alkoholu i w podobnym stanie psychicznym. W tamtej chwili była głupią, naiwną dziewczynką, która po chwilowej przyjemności zaliczyła dobry tydzień płaczu w poduszkę.

Pytaniem, które najczęściej się powtarza, jest standardowe: "Dlaczego on nie dzwoni?". Gdy jeszcze raz to usłyszę, obiecuję, że wyjdę z siebie i nie wrócę. Pyta, czemu nie dzwoni? Nie dzwoni, bo dostał to co chciał od ręki i stracił zainteresowanie. Może i jest tępym ujem, nieważne. Typowa Kasia nie zastanawia się, jak w dzieciństwie chciała tylko najtrudniejsze do zdobycia zabawki i niedostępne słodycze. Nie obchodzi jej, że w szafie trzyma pięć płaszczy z nieodciętymi metkami, które "łatwo przyszły", a z lodówki regularnie wyrzuca bez żalu zepsute, tanie jedzenie. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

Typowa Kasia woli udawać twardą babę, wręcz babiszona. Nie chce przyznać się przed sobą, że jest kruchą kobietką, której psychika nie pozwala na zabawy bez zobowiązań. Nie widzi problemu w sobie, co więcej, robi z samej siebie ofiarę losu i strasznych, okropnych, złych facetów. Ma w duszy, że gdyby nie chciała, do niczego by nie doszło, a upragniony telefon być może właśnie by dzwonił. Wyzwolona kobiecość miesza się u niej z dziecinną naiwnością. Tak więc, mimo dobrych rad, przy kolejnej okazji typowa Kasia postąpi tak samo. Po raz kolejny przyjdzie wypłakać się temu, kto zechce ją wysłuchać. Nie będzie płakać z powodu strasznego faceta, tylko z własnej głupoty.

Typowa Kasia to gatunek, który w przeciwieństwie do wartościowych kobiet i mężczyzn ma się dobrze i nie jest zagrożony wyginięciem. Ty, ja, my wszyscy jesteśmy skazani na obecność Typowej Kasi w naszym życiu. Ciągnie się za nami wszystkimi, jak widmo. Jest chwilowy spokój? Nie martw się, za chwilę Typowa Kasia znów przybiegnie z płaczem. Przybiegnie po popełnieniu dokładnie tych samych błędów z dokładnie tym samym typem człowieka.

A telefon, jak nie dzwonił, tak dzwonić nie będzie.


Błękitne dzieci

Selekcja naturalna. Żyjesz obecnie, znaczy to, że jesteś przedstawicielem najbardziej inteligentnej i najpiękniejszej odmiany człowieka, jaka istniała. Co z tym robisz? Wykorzystujesz swój potencjał, czy raczej spędzasz dni w nieodmiennym marazmie? Przepełniony narcyzmem przeplatanym niskim poczuciem własnej wartości. Dbasz o ładne opakowanie, by ukryć swoją wewnętrzną zgniliznę. Psujesz wszystko, czego się podejmiesz, wmawiając sobie odmienny stan rzeczy.

Autor zdjęcia nieznany, znalezione zostało na http://darthpaul2003.tumblr.com/ 
 Odpowiedzialność? A co to takiego? Wartość? Chodzi o tę rzecz liczoną w pieniądzach, tak?

Kupujesz. Żyjesz jak w popularnych powieściach piętnujących konsumpcjonizm. Siedzisz w wygodnym mieszkaniu ze swoją śliczną dziewczyną, jesz przebrzmiałe już orientalne jedzenie, popijasz alkohol, palisz, słuchasz muzyki. Rozpieszczasz się i dopieszczasz. Sam nie wiesz, że cierpisz na chorobę XXI wieku- lęk.



Boisz się. Jesteś małym, zahukanym szczurem. Boisz się życia, odpowiedzialności, decyzji, śmierci. Boisz się człowieczeństwa, dlatego zachowujesz się jak wygłodzona małpa. Mimo wszystko z dumą nazywasz siebie człowiekiem. Dumnie spacerujesz jako przedstawiciel najlepszego do tej pory pokolenia. Pokolenia błękitnych dzieci, która to nazwa idealnie wręcz pasuje na określenie człowieka spędzającego żywot przed ekranami. Nocą twoja twarz robi się niebieska, w dzień zaś, za sprawą światła, widzisz swoje odbicie. Widzisz je, patrzysz, katujesz się jak największy z masochistów. Katujesz się, ponieważ nienawidzisz patrzeć na siebie.  Nie znosisz spoglądać na siebie, ale jesteś do tego zmuszony, ponieważ w XXI wieku, w pokoleniu błękitnych dzieci, obok ciebie nie ma nikogo, na kogo mógłbyś spojrzeć.

Easy-going

Jest w każdym środowisku. Każdej subkulturze, kręgu znajomych, uczelni. Imprezowa dziewczyna. Poznaje niezliczoną ilość ludzi. Zaprzyjaźnia się w ciągu godziny, następnie równie szybko te znajomości traci. Zawsze sama. Niezależna. Wyszczekana. Bawi się najlepiej. Zna wszystkich, a wszyscy znają ją. Nikt nie zaprasza jej z "osobą towarzyszącą", ponieważ wiedzą, że takowej nie posiada. Mówią: "taki już ma styl bycia; nikomu nie szkodzi; dopóki nie ma kwasu, niech przychodzi". Przychodzi więc. Przychodzi na każdą możliwą imprezę. Bawi się całą noc. Czasem pozna kogoś, z kim ją spędzi. Nie jest to jednak norma, ponieważ wie, jak skończy się kolejna znajomość. Wie i nie ma ochoty tego przeżywać. Czasem jednak to robi. Z potrzeby ciała czy ducha- sama nie wie. Nie ma sensu jej o to pytać, ona nawet nie wie czego chce.

Bawi się więc. Najgłośniej i najdłużej. Tak długo, aż nie trzyma się na nogach. Inaczej nie uśnie. Inaczej będzie siedzieć w domu, zastanawiając się, co z nią jest nie tak. Przecież jest "fajną dziewczyną". Stara się dbać o ciało i umysł, pociesza w razie potrzeby, chętnie wyciąga na piwo czy częstuje obiadami i deserami. Można z nią kraść konie. Siedzi więc. Siedzi i myśli, dlaczego to ona zawsze musi być sama. Nie widzi, że mimochodem zaplątała się w pułapkę "fajnej dziewczyny"- osoby bez potrzeb. Osoby, która daje, a gdy już zdarzy jej się wziąć- oddaje z nawiązką. Nie dostrzega tego. Całymi nocami więc rozmyśla. W dzień zaś nie może spać. Zapaść w objęcia Morfeusza; nawiasem mówiąc jedyne, na jakie może liczyć; udaje jej się tylko w stanach skrajnego wyczerpania. Jeśli więc się bawi, robi to do upadłego, a jeśli pracuje-pracuje fizycznie.

Autor nieznany, znalezione na http://amour-van-nebula.tumblr.com/


Cieszy się (tak, czasem nawet szczerze), gdy uda jej się zmęczyć tak bardzo, że może spać. Jedyne co ją cieszy, to wyczerpanie. Brak energii. Brak myśli. Brak, w trakcie którego nie odczuwa braku przyjaciela. Budzi się w południe, czym sprawia wrażenie skrajnie nieodpowiedzialnej. Za taką zresztą się uważa. Przez dobre pół godziny czesze włosy, by poprawiać sobie humor ich budzącym zazdrość kolorem. Ćwiczy, żeby nie móc powiedzieć złego słowa na temat swojego ciała. Próbuje się uczyć, jednak czuje się jak wydmuszka, którą jest. Czy człowiek bez przyjaciela może nie być wydmuszką?

Wieczorem pustoszeją ulice, zaczyna się więc powoli ubierać, nakłada makijaż, układa włosy. Kołysząc biodrami schodzi po schodach. Zerka w lusterko, kontroluje mimikę. Jest dobrze. Wychodzi. Ma całe siedem godzin na zużycie energii i powolne ukołysanie do nieświadomego snu.

wtorek, 15 lipca 2014

Społeczność

Jest. Wychodzi ze swojej nory. Pojawia się. Następuje rzadkie zjawisko. Impreza. Zabawa. Na przemian więc siedzi, tańczy, pije, rozmawia i udaje, że ma znajomych. Tylu znajomych! Zna wszystkich, wita się z każdym, bawi się do białego rana. Dociera do domu ostatkiem sił. Bierze szybki prysznic, śpi do 17. Budząc się, głaszcze leżący obok laptop, w porannej pieszczocie sprawdzając portale społecznościowe. Oczywiście, pojawia się kilka zaproszeń do znajomych- jak po każdym towarzyskim spędzie. Wszystkie akceptuje. Liczba pokemonów wzrasta. Och, jak wielu znajomych posiada! Na pewno zawsze ma z kim porozmawiać. Na pewno zawsze znajdzie się ktoś, kto udzieli wsparcia. Na pewno ma tyle zaproszeń, że z trudem rozdziela czas pomiędzy wszystkich, nie chcąc jednocześnie nikogo urazić! Ma życie godne pozazdroszczenia, w końcu posiada tylu znajomych!

Idzie spać. Śpi od 5 rano do 12. Resztę dnia spędza, wegetując przy ekranie komputera. Walcząc z poczuciem godności, a raczej jego brakiem. Walcząc z chęcią spotkania się z kimkolwiek, kto będzie chciał słuchać. Ale nikt nie chce. Każdy jest zajęty sobą. Czego chcesz- śmieją się. Dlaczego uważasz, że obchodzi mnie twój problem? Jeśli pakujesz się w sytuacje, ponoś ich konsekwencje, wszak jesteś dorosłym człowiekiem.

"La doleur exquise" autor-Nikolas Hoejlund


Nie wie, czy jest osobą dorosłą. Ma skończone 18 lat, ale to tylko metryka. Gnije i głupieje. Z każdym dniem coraz bardziej przypomina zwłoki. Truchło, które wychodzi z grobu raz na jakiś czas, by pokazać, że jednak żyje, ma się wspaniale i bawi się świetnie. Im to wystarcza. Taka iluzja jest przyjemna i bezkonfliktowa. W końcu czego można od nich wymagać? To tylko znajomi z niebieskiego portalu społecznościowego. Dziwne, że nikt nie chce przyjąć zaproszenia innego, niż to do znajomych. Nikt nie chce przyjść, posiedzieć w spokoju, porozmawiać. O czym wszak rozmawialiby? To tylko znajomi z sieci. Były czasy, w których i oni byli rzeczywiści. Mieli swoją formę, głos, kształt. Poruszali się. Teraz jednak są jedynie migającą na ekranie ikonką. Ikonką migającą na zielono, która udaje, że nie widzi.

Siedzi więc. Poszerza sieć społecznościową. Siedzi. Leży. Umiera dzień po dniu, jeśli trup może umrzeć ponownie. Ma skórę niebieską od jedynego światła, jakie przyjmuje i puste, podkrążone oczy. Wygląda na człowieka chorego. Gdy pytają, na co cierpi, odpowiada: "To samotność. Cierpię na samotność.". "Straszna rzecz."-mówią-"Obecne społeczeństwo jet kompletnie wyzute z uczuć. Dlaczego nikt ci nie pomoże?"- oburzają się, kiwają głowami i idą dalej. Idą, a człowiek zostaje. Szaroniebieski twór w kolorze burzowego nieba, który krzyczy głosem niemego. Nie będzie wysłuchany. Wie  tym, dlatego stopniowo przestaje krzyczeć. Przestaje mówić. Przestaje szeptać. Zamyka się, chcąc zgasnąć cicho i bezgłośnie. Tak cicho, że za chwilę nikt nie będzie pamiętać, że kiedyś żył tu człowiek o kolorze burzowego nieba.

Rozmowa

-Chodź do mnie.
-Nie mogę. Nie chcę. Czuję ten bród, ciężar, zgryzotę. Widzę niedojrzałe zachowanie. Odczuwam obrzydzenie. Nie.
-Zaraz spadnie deszcz. Atmosfera zostanie oczyszczona na dobre. Czy wtedy...?
-Ogarnij się. Zbierz się do kupy. Zachowujesz się jak rozpieszczony przedszkolak. Daj sobie spokój.
-Niczego tak nie chcę, jak spokoju. Nie jest to jednak stan łatwy do osiągnięcia.
-Tłumaczysz się. Tłumaczysz swoje wieczne rozmemłanie. Używasz zbyt wiele słów, które nic nie wnoszą. Ile jeszcze razy mam powtarzać? Daj sobie spokój.
-Rozumiem, iż w domyśle to tobie mam dać spokój. Wyrażasz swoje potrzeby w wyjątkowo subtelny sposób. Mogę przestać, wiedz jednak, że nie ukróci to moich myśli.
-Zaczęła się burza. Lepiej już idź. Wejdź w sam środek. Przemłóć się. Wyjdź.
-Wracać?
-Nie masz po co. Nie oglądaj się do tyłu. Idź już.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Smutno

Smutno mi, ale przecież nie będę żalić się na fb. Nie będę zamęczać tym innych. W chwilach jak ta wszyscy jesteśmy dziećmi Emo. W taką pogodę morduje się ludzi. W taką pogodę łatwo się opija. W taką pogodę czuje się źle. Czuję się nic. Czuję się nie.
-mądra
-ładna
-wartościowa
-z perspektywami

Po prostu nie. Jeśli więc mnie pytasz, odpowiedź brzmi "nie".
Chyba, że zapytasz o coś, czego chcę.

Jestem z tym sama. Kto niby ma zapytać? Wszyscy są szczęśliwi, albo przynajmniej trwają w komforcie.
Nikt nie zapyta, nikt więc się nie dowie. I tak dalej będę sobie "nie". Zwykłe, małe, przeciętne, szare "nie".

"Nie" tak nieistotne, że aż się go nie słyszy. Nie, które zostaje negowane przez mózg. Nie, które samo dodaje sobie cząstkę, której nie ma. Po prostu nie.

Nie, które nie pchało się na ten świat. Nie chciało go zobaczyć, ani przeżywać tego wszystkiego. Nie, które od początku nie chciało być.

Jedna mała, szara, nieistotna, ignorowana negacja. "Nie" sortu odmowy alkoholizacji na imprezie. "Nie", którego się nie szanuje, bo nie niesie to za sobą korzyści.

"Nie", które jeszcze się nie wypłakało i wbrew sloganom nie umie pójść dalej.

Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.



Nie.
Nieistotne trzy litery.
Małe smutne "nie" przytulone do laptopa.

"Nie" w świecie "tak".
NIE.

piątek, 11 lipca 2014

Pocałunek

Matka całuje dziecko na dobranoc
Ładna dziewczyna całuje kochanka
Wierni całują krzyż
Całuje troskliwie
Namiętnie
Delikatnie
Zawsze z uczuciem
Z uczuciem troski
Pragnieniem
Żalu

Jeśli kiedyś dopuszczę myśl, że miłość istnieje
Proszę, przypomnij mi, jak bardzo się myliłam
Jedyna prawdziwa

środa, 9 lipca 2014

Być

Muszę odczarować muzykę
Powinnam zacząć czarować ludzi
Nikt nie będzie szary
Nie będą potrzebne retusze
Nie będziemy chcieli kłamać
Kiedyś być może nawet,
Pokuszę się o szaleństwo
I być może, być może kiedyś
Będziemy chcieli być

Barowe przygody vol 2

Tym razem rozśmieszył mnie weekendowy podrywacz intensywnie zagadujący moją koleżankę. Ot, przystojny, młody, może trochę natarczywy mężczyzna, który całkowicie rozbroił nas obie końcowym stwierdzeniem podsumowującym jego nieudaną próbę nawiązania znajomości: "chcecie uciekać? to uciekajcie :(". Jak na razie był to najbardziej uroczy nieudany podryw, jakiego byłam świadkiem. Prawdziwie śmiesznie okazało się być jednak dopiero po dotarciu do domu, gdy wyszło na jaw iż długowłosy pan ani nie jest młody, ani też nie jest wolny. 30 lat na karku, a na fb status mówiący "w związku" wystarczyły, by chwilę przed snem porządnie się pośmiać.

Każda z barowych przygód (których jest nieskończenie wiele) kończy się jednym i tym samym stwierdzeniem. Ludzie to dwulicowe kreatury. Każdy, dosłownie każdy, z kim stykam się w taki czy inny sposób podczas wieczornych wyjść, okazuje się być mężczyzną w stałym związku. Co prawda żadnemu z nich nie udało się zainteresować sobą ani mnie, ani koleżanek, jednak noc bywa długa, więc jestem prawie pewna, że koniec końców nasi fantomowi znajomi skutecznie poderwali przynajmniej jedną osobę płci żeńskiej. Nie chcę generalizować mówiąc "każdy facet jest właśnie taki". Byłoby to wysoce niesprawiedliwe, ponieważ istnieje wielu mężczyzn, którzy zachowują się honorowo i myślą mózgiem przed faktem. Z drugiej strony istnieje również wiele będących w związkach kobiet, które na co dzień udają idealne partnerki, zaś swoje wieczorne wyjścia ze znajomymi zamieniają w zawody typu "kto weźmie więcej".

Głównym punktem moich rozważań jest myśl mówiąca: dlaczego osoby, które nie są przekonane co do idei związku, na siłę w związkach trwają?

Hipokryzja, która rani stronę słabszą. Wypacza istotę bycia z kimś i zniechęca. Nie dziwię się, że mężczyźni nie chcą się wiązać, skoro w przeszłości trafiali na tak niepoważne dziewczątka (ciężko nazwać takie kobietami). Tak, dziewczyno. Zachowuj się jak ostatnia księżniczka, stwórz sobie pantofla, który będzie cię nosił na rękach, tylko po to, by przy wieczornych wyjściach ze znajomymi zaspokajać swoją prawdziwą potrzebę.

Nie mam nic przeciwko niedojrzałości, w końcu sama jestem osobą o psychice pięcioletniego dziecka. Uważam jednak, iż wszystko ma swoje granice. Granicą zaś niedojrzałości powinno być miejsce, w którym zaczynamy ranić kogoś innego. Nie jest istotnym, że "nigdy się nie dowie". Tylko skrajnie niedojrzała osoba może uważać, że jest na tyle doskonałym aktorem, który ukryje swoją prawdziwą naturę. Jeśli zaś za taką się uważasz- brawo, jesteś psychopatą, co wbrew panującej obecnie modzie wcale nie stanowi powodu do dumy. Wręcz przeciwnie. Psychopatię można i należy leczyć.

Jesteś człowiekiem niedojrzałym, lubisz się bawić, zmieniać miejsca i ludzi- świetna sprawa, mam tak samo. Wszystko jednak pociąga za sobą konsekwencje. Jeśli uważasz, że życie to seks i pieniądze- spoko, taki twój styl bycia, masz do tego pełne prawo. Jednak oprócz praw masz też obowiązki, a najważniejszym z nich jest obowiązek panowania nad swoimi spodniami i spódnicami. Uwierz, zakładanie sobie pasa cnoty potrafi ułatwić bardzo wiele. Po co więc sobie utrudniać?




poniedziałek, 7 lipca 2014

Prawda nas wyzwoli

Siedzę. Dziwne, ponieważ trwanie w miejscu nieodmiennie mnie boli. Nie zmienia to faktu, że siedzę, a właściwie spoczywam w pozycji półleżącej na moim nowym, dużym łóżku. Z dobrą muzyką w najlepszym towarzystwie, w jakim może przebywać osoba samotna (nie bójmy się tego słowa).

Dzięki komfortowi, którego w tej chwili doświadczam, zaczęłam się zastanawiać. Jak wiadomo, nie wynika z tego nic dobrego, to taki mój nałóg.

Ciesząc się ciszą dotarło do mnie przemyślenie, które ma sens. Mianowicie: nie jestem tym typem dziewczyny (cóż, do kobiety jeszcze mi brakuje). Po prostu. Nie jestem. Nie ma sensu nadstawiać policzka po raz kolejny, by po jakimś czasie znów przyjąć do wiadomości tę prawdę. W pewien sposób smutną, ponieważ zostałam wychowana w kulturze propagującej życie rodzinne. Życie w grupie. Z kimś. Nietrudno zauważyć, iż taka metoda wychowawcza spowodowała w moim quasi dorosłym życiu kilka poważnych zaburzeń. Cóż, taki błąd w systemie.

Nie warto próbować. Nie warto dawać szans ani sobie, ani innym. Nie warto rozbudzać nadziei.
Po prostu nie jestem tym typem dziewczyny. Dla każdego. Na szczęście mam dużą wprawę w tworzeniu sobie złotych, platonicznych bożków. Bożków w formie ludzkiej, które są w podobnej sytuacji. Ja nie umiem być "z kimś", ze mną zaś być się nie chce. Jaki więc sens, bym uczyła się tej, skądinąd trudnej sztuki? Natura jest mądra. Dała mi nieumiejętność, ponieważ tylko tego potrzebuję.

"Non, il n'aime pas ce genre de fille"
*Non, ILS n'aiment pas ;)

Nie mam bladego pojęcia co to związek. Najbliżej mi do niego, gdy przed imprezą związuję sznurówki w gorsecie. Promowanie, w czasach mojego dzieciństwa, jedynego słusznego modelu życia przyniosło mi naprawdę duże szkody, dziury w środku, których nie da się naprawić. A wystarczyło pokazać, że można inaczej. Pokazać, że każdy powinien robić to, co umie najlepiej. Ja najlepiej umiem zmieniać kształty. Beznadziejny materiał na matkę, żonę, kochankę, czy cokolwiek, co ma być obiektem uczuć. Zdaję sobie z tego sprawę, ale jednak czasem chcę mieć wszystko, na dodatek tu i teraz.

Ostatnio chciałam godzinę temu. Chciałam ostatnio i po raz ostatni. W tym właśnie momencie oficjalnie zamykam w sobie tę "potrzebę". Wyziębię się i zostanę sprawną maszyną, która będzie zdrowo jeść, dużo ćwiczyć, dobrze pracować i długo żyć. Sama, żeby móc pomagać innym. Skoro chcę być kimś lepszym, niż większość, czemu wtłaczam w siebie pragnienie bycia jak inni? Wypada być konsekwentną. Najwyraźniej właśnie spełnia się moje marzenie. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej odmienna. Tego chciałam, muszę więc przyjąć ten stan wraz ze wszystkimi skutkami ubocznymi.

Przynajmniej jestem nieszkodliwa. Nikogo nikomu nie ukradnę ;)

Kochać- poświęcać się, stawiać nad życie, być wiernym.

Mam kochać siebie.

sobota, 28 czerwca 2014

Ścieżka

Oglądając rzeczy, których nie powinnam zaczęłam się zastanawiać, co nie zwiastowało niczego dobrego.
Polsatowska telenowela pt "Dlaczego ja?" została włączona całkowicie bez powodu, jak to zawsze dzieje się z takimi rzeczami. Pewne rzeczy nigdy nie dzieją się z jakiegoś konkretnego powodu.

Parę lat temu byłam automatem. Robiłam, nie myślałam. Stan ten trwał aż do zwyczajnego momentu, który jednak tymczasowo zmienił wiele. Spowodował on, iż aktywowałam wcześniej uśpione partie mózgu. Zamknięte drzwi z napisem "nie otwierać", ścieżka, na którą nigdy miałam nie wyjść- znalazłam się ot tak. Zanim się obejrzałam, już stałam na znajdującej się po drugiej stronie ścieżce. Początkowo zamierzałam z niej jak najszybciej zejść, po co wszak psuć z góry ustalony plan i zmieniać trasę w środku dnia?

Może to właśnie urok dnia sprawił, że uznałam, iż jestem bezpieczna. Niezależnie którą ścieżkę wybiorę- i tak dojdę do celu. Czasem jasność bywa bardziej zwodnicza niż ciemność. Tak samo, jak i najpiękniejsze stworzenia są zarazem najgroźniejszymi. Kto spodziewałby się niebezpieczeństw na dobrze oznakowanej, świeżo stworzonej, czystej jeszcze ulicy?

Dlatego też nonszalancko na nią weszłam. Obiecujący początek sprawił, iż pomyślałam, że zmiana trasy może mieć sens. Droga jest ładna, spokojna, ma urok nowości. Zastanawiałam się wręcz dlaczego nie weszłam na nią wcześniej, skoro wiem, iż to właśnie nią chcę iść?

Odpowiedź dostałam dość szybko. Nie momentalnie, nie jest to wszak tani dramat, ale nudne życie. Odpowiedź pojawiała się przede mną stopniowo, niczym fragmenty łatwej układanki, lecz jej oczywistość sprawiała, że nie brałam jej na poważnie. Rzeczy dosłowne często lubimy kwitować słowami "chyba żartujesz?". Tak było i w tym przypadku. Wyglądało to na średniej jakości kawał.

Mówiłam "to nie jest prawda, życie nie jest aż tak oczywiste". Jednak było. Swą oczywistością skomplikowało obraz całej okolicy. Wykrzywiło go. Sprawiło, że zarósł chwastami. Ledwo odkryta trasa już stała się ulubionym miejscem okolicznych meneli i drobnych złodziejaszków. Zauważcie w tym miejscu, że o ile wielkie przestępstwa mają w sobie pewien urok wynikające z inteligencji złoczyńców, o tyle małe są po prostu podłe i niewarte wspomnienia.

Stopniowo więc przestałam chodzić nową trasą. Uczyniłam to z żalem, pamiętałam bowiem jeszcze jej pełen świeżości urok, nic jednak nie mogłam poradzić na fakt, iż uległa ona całkowitej degradacji. Postanowiłam więc zapomnieć o ścieżce. Nie wchodzić na nią nigdy więcej. Na początku było to bardzo trudne do zrealizowania, lecz z biegiem czasu wspomnienia się zacierały. Powoli, mozolnie, znikały, aż schowały się tak głęboko, że aż nie mogę ich odnaleźć.

Czasem jednak czuję coś, czego nie potrafię określić. Kusi wtedy, by ponownie wejść na drogę. Momentami nawet zaczynam jej szukać. Szukam tak bardzo intensywnie, tak gorliwie, bez wytchnienia, że aż nie mogę jej znaleźć. Wiem, że gdzieś istnieje. Nie mogła przecież zniknąć. W naszym racjonalnym świecie nic nie znika. Z jakiegoś jednak powodu nie potrafię jej odnaleźć. Myślę wtedy, że może droga objawia się nam tylko raz i to od nas zależy w jaki sposób ją przejdziemy. W co uzbroimy się na tę podróż z zaskoczenia.

Ja już jej nie znajdę. Miałam swoją szansę. Wy jednak, którzy to czytacie, wiedzcie, że trzeba uzbroić się zawczasu. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele od tego zależy. Droga niebawem was porwie, więc zacznijcie przygotowania.

środa, 25 czerwca 2014

Cytaty część I

"Head like a hole
Black as your soul
I'd rather die
Than give you control"

"No love could ever save you
No kisses are too deep
(...)
Hell is where the heart is
It's a place for you and me"

We drink and kill our souls to pass the time.

"Your face seems wet to touch
                                    I'm sorry
I never thought I hurt you so much"

People are poison.

"All I ever wanted
All I ever needed
Is here in my arms
Words are very unnecessary
They can only do the harm"

"I'm taking a ride with my best friend
I hope he never lets me down again
He knows where he's taking me
Taking me where I want to be
I'm taking a ride with my best friend"

wtorek, 24 czerwca 2014

Cykliczność

Zmienne pory roku. Powtarzające się godziny. Cykliczność.
Okres suszy i urodzaju. Piękna i brzydoty. Cykliczność.
Pół roku układania od zera, by wszystko zawaliło się niczym domek z kart. Cykliczność.

Nieważne co, jak i gdzie zrobię. Pewne jest tylko, że co sześć miesięcy będę musiała zaczynać od zera. Żyję tylko pół roku, potem psychicznie umieram, aby narodzić się na nowo. Wyjście z tej zabawy ma sens tylko w momentach lepszych. Wychodząc w okresie szczytowym oszczędzam sobie cierpienia, gdy zaś dojdzie już do schyłku nie ma potrzeby znikać, ponieważ zapowiada to półroczny okres spokoju.

Piekło. Cykliczność. Czyściec. Piekło. Cykliczność.

Nie mogę myśleć, ale skutkuje to oblewaniem egzaminów.
Muszę myśleć, ale skutkuje to pogłębiającymi się stanami depresyjnymi.

Co jest ważniejsze? Egzaminy czy ja?
Egzaminy. Bez nich nie będzie i mnie. Bez nich będę zerem bez wykształcenia.
Jestem tworem skazanym na myślenie i wieczny kac moralny.

Trudno. W tym momencie mam jeszcze pół roku, by zdecydować czy będzie jakieś "dalej".

środa, 18 czerwca 2014

Muzyka tła

Przyszłość dzieje się teraz. Nie ma innej, niż teraźniejszość. Jedyna i zbawcza. Racjonalna, przyziemna, chwilami nudna. Szukanie mieszkania, egzaminy, prace z doskoku. Tak tworzy się cel, którego jeszcze nie znam. Odkrywa się przede mną samoistnie, płyta po płycie. Cząsteczki zbliżają się, zderzają, wybuchają. Znikają. Prowokują istnienie czegoś nowego, innego. Od czasu do czasu pojawia się wycofanie będące skutkiem pobudzenia umysłu. Stan, w którym tkwi się raz dłużej, raz krócej. Najmniej konstruktywny, ale konieczny. Konieczny, ponieważ istnieje. Te wszystkie przypadki naokoło nie mogą nie mieć powodu. Dzieją się, więc jest jakieś zamierzenie. Cel, którego nie widzę, nie rozumiem. Nie muszę. Wystarczy wiedzieć, że gdzieś istnieje, czeka, aż do niego dotrę. Kiedyś, w innym czasie, w innym miejscu. W bliżej nieokreślonych okolicznościach, których nie da się przewidzieć, a które z perspektywy magicznego czasu staną się oczywiste. Rozwieją mgłę wydawałoby się, niepotrzebnych myśli. Przyszłość to nie dalekie marzenia. Przyszłość to kolejna sekunda. Sekunda pozwalająca wykorzystać niespodziewane okazje. Pozwalająca uczyć się na nieoczekiwanych błędach. Każda z chwil daje szansę, by nigdy nie utożsamiać się ze słowami: "(...) zmarnowaliśmy świt, a tego nie wybaczy nam żadne niebo". Cykliczność pozwala, by swymi działaniami uczynić kolejny świt lepszym od ostatniego. Zepsuty początek to jeszcze nie wyrok. Wszystko wyjaśni się na końcu, który dzieje się teraz.

czwartek, 12 czerwca 2014

Cień

Platon. Jego świat idei i nasz świat cieni. Tylko nam się wydaje. Nic nie jest prawdziwe. Nie dane nam jest odczuć, zobaczyć, usłyszeć prawdę. Jesteśmy z gruntu niedoskonali. Nie odczuwamy nic wyższego, jedynie się łudzimy. I słusznie. Jeśli bowiem są rzeczy, których bez względu na okoliczności nie powinno się robić, należy do nich uczucie miłości. Niezależnie od atrakcyjności obietnic, jakimi nas raczy. Niezależnie od pozornej prawdy, nigdy nie jest to szczere i spełnione. To najbardziej fałszywa z obietnic, która nie ma i mieć nie będzie pokrycia w rzeczywistości. Widzimy tylko słabe odbicie tej idei, biorąc ją za pełną i prawdziwą. Ignorujemy możliwość, że w naszym niedoskonałym świecie, odczucia takie nie są tworem sił pozytywnych, a wręcz przeciwnie- destrukcyjnych. Jak możesz czuć coś tak wzniosłego, skoro nie umiesz pokochać siebie?

 Jeśli nie kochasz siebie, nie wiesz, czym jest to uczucie. Skoro traktuję swoje ciało jak kupę rozkładającego się mięsa, a umysł jak śmietnik, to, według chrześcijańskiej zasady kochania bliźniego swego jak siebie samego- nie jestem zdolna do uczuć wyższych. Nie czuję nic innego, niż znużenie, zmęczenie, odrazę i zazdrość. Zazdrość, że nie jestem kimś innym, kto umiałby być zarówno podmiotem, jak i przedmiotem uczucia. Zazdrość spowodowaną faktem, że nie mogę wybierać. Zazdrość, napędzaną przez myśl, że nie posiadam siły oddziaływania. W końcu zazdrość, że nie jestem kimś innym. Najwyraźniej porządnie namieszałam w poprzednim wcieleniu, skoro obecnie przebywam w czyśccu. W miejscu gorszym niż piekło. Gorszym, ponieważ niepewnym, dającym nadzieję, która w następnej chwili zostaje pogrzebana jak martwy płód. Nadzieję, która ledwo zdąży się pojawić, a już umiera. Piekło jest stanem konkretnym, dającym jako taką pewność swojego bytu. Tu zaś nic nie jest jasne. Wznoszę się tylko po to, żeby chwilę później spaść jeszcze głębiej. By coraz boleśniej odczuwać upadki, jednocześnie nie mogąc wylogować się z gry. Jestem błędem zawieszonego systemu. Sprawnym wirusem. Komórką rakową, której nie da się całkowicie usunąć, a jedynie zahamować.

Nie mam prawa mówić za więcej niż jedną osobę. Nie wiem, co i jak odczuwa ktokolwiek inny. Szczerze mówiąc nie wiem nic, oprócz faktu, że nie zasługuję na miano człowieka. Nie potrafię wybrać dla siebie drogi, a jej towarzyszy wybrać nie mogę. Żyję w świecie cieni, biorąc je za jasne i piękne idde. Nabieram się i w swej głupocie czasem przyjmuję materię za prawdę, by chwilę później pojąć, jak bardzo się myliłam.

Ja

To jest tak jasne. Oczywiste, ale trudne do przyjęcia. Ktoś musi wychodzić połamany, by móc ostrzegać innych. Ktoś musi być zniszczony, by móc stworzyć coś, co innych podniesie. Ktoś musi stanowić kwintesencję porażki, by inni mogli czuć się szczęśliwi. Nic strasznego, że jestem to ja.

Fortepian

Dziś dzień jest zbyt idealny. Ja zbyt ładna. Okoliczności zbyt sprzyjające.
 Nic nie może pójść dobrze w taki dzień.
Siedzę, piję, słucham, patrzę i staram się nie myśleć.
Jest zbyt ładnie, by być samej i zbyt samotnie by być z kimś.
Nie lubię chwil jak ta.
Nie znoszę snów, jak dzisiejszy.
Chciałabym wyzuć się z wyobraźni.
W chwilach jak ta, wszystko jest tak jasne.
Kłuje i uciska.
Kiedyś nauczę się grać na fortepianie.
Podobno mam modelowe dłonie.
Podobno jestem wesoła.
Z boku wszystko jest inne.
Czuję, jak spadają liście naiwności.
Uśmiechnij się do nich numerem 5 i rób swoje.

wtorek, 10 czerwca 2014

Wszyscy jesteśmy idiotami

Wszyscy jesteśmy idiotami.

Określani niecenzuralnymi słowami mężczyźni i niegodne splunięcia kobiety zawsze są gdzieś obok. Zazwyczaj stanowią nad wyraz wdzięczny obiekt plotek, opcjonalnie żartów. Miło mówić o nich jako osobach gorszych. Niewiele rzeczy tak podbudowuje ego, jak dyskredytowanie innych. Nic nie sprawia takiej przyjemności, jak myśląc o powyższych, dodawanie: "dobrze, że ja taka/i nie jestem". Cóż z tego, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami? W oczach innych to my stanowimy definicje ludzkich tworów określanych wyrazami, których podobno nie używają kulturalni ludzie.

Jesteśmy nimi. To terminy tak płynne, a zarazem w absurdalny sposób tak konkretne, że spełniamy je wszyscy. Kto z nas (was) nie zrobił czegoś, co godziłoby w inną osobę? Kto zawsze w pełni wywiązuje się ze swych zobowiązań i z ręką na sercu przyzna, że nigdy nikogo nie zranił? Odpowiem samodzielnie- nikt. Jesteśmy tak wielkimi egoistami, iż nie zwracamy uwagi na cokolwiek, co nie ma perspektywy dostarczenia nam przyjemności. Nic nie robimy bezinteresownie.

Czy to źle? Niekoniecznie, taką już jest ludzka, niedoskonała natura. Czy jednak daje nam to prawo do oceniania innych w kontekście ich odbiegania od przyjętego przez nas wzorca zachowania? Odpowiedź jest oczywista. Swoimi słowami nie odkrywam nowych lądów, aczkolwiek poczułam potrzebę napisania ich w momencie, w którym po raz enty zapragnęłam użyć oklepanego usprawiedliwienia. Jest ono tak bardzo zużyte, że aż przestało działać.

Niczym się nie różnię. Jeśli nie robię niektórych, niepoprawnych moralnie rzeczy, zapewne spowodowane jest to faktem, iż nie miałam ku nich sposobności. Swoją wartość będę mogła określić dopiero w momencie, gdy stając przed wyborem, z pełną świadomością, mimo mniejszych korzyści, a czasem i strat- postąpię zgodnie z wyidealizowanymi zasadami moralnymi. Do tego momentu nie mam prawa stawiać siebie nad innych. Lepszymi są ci, którzy wymagają. Chcesz być bliżej ideału? Nie jest to najłatwiejsza z możliwych ścieżek, w innym wypadku bylibyśmy otoczeni wybitnymi jednostkami. Chcesz być lepszy? Pierwszym do tego krokiem jest pojęcie, iż jesteś gorszy.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Czasem myślę

"Z takim podejściem możesz zostać tylko artystką"- powinnam napisać te słowa wielkimi literami i powiesić je nad łóżkiem, by nie zapominać o celu.

Za każdym razem, gdy słyszę "serce nie wybiera", mówię "a rozum tak".

Powiedziałam "kocham cię" do odbicia w lustrze/
odpowiedziało negatywnie i zniknęło/
nie złamało mi serca, którego nie mam, jednak poczułam smutek

Czasem myślę
Czasem czuję uczucia
Czasem piję
Im rzadziej, tym lepiej

Wybierając między miłością, a pieniędzmi
Wybieram miłość własną


poniedziałek, 26 maja 2014

Noc

Joy Division, upalna noc, czuwanie do rana w oczekiwaniu na najlepsze możliwe śniadanie. Okolica ucichła, nawet psy już śpią. Jest 3.20, poniedziałek, 26 maja 2014. Nowy ten sam dzień. Czuć tę nowość, to dzień jasny w swej ciemności. Dzień pełen sprzeczności i zadowolenia. To jest moja pora. Dopiero o niej czuję, że żyję. Nie zastanawiam się, czy to dobrze, czy źle. Po prostu czuję, co powoduje radość graniczącą z euforią. Dziwne jest życie po 3 w nocy. Ulice są puste, ale już za chwilę się obudzą. Nikogo nie ma. Miasto jest twoje.  Mgła nad mostem unosi się powoli w rytm płynącej ze słuchawek muzyki. Czuć pochowane nadzieje, wspomnienia, radości i smutki połowy miliona osób. Nocą pogodzili się, poddali. Dali za wygraną w imię świętego spokoju, nie wiedząc, że w ten sposób do niczego nie dojdą. Cóż, dobrze, że śpią. Im więcej osób tkwi w stanie uśpienia, tym łatwiej dotrzeć do celu tym, którzy nie śpią. Lubię czuwanie. Po 2 w nocy wszystko smakuje, brzmi, pachnie najlepiej. Nikt nie zagłusza sensu. Można się skupić, planować, myśleć, rozkoszować chwilą. Na zewnątrz nie ma nieznośnych "zakochanych par", które wraz z nastaniem nocy utonęły w miękkich kołdrach i złudzeniu szczęścia. Niech trwają. Im ich więcej, tym lepiej. Wraz z wzrostem ich ilości, rośnie również ilość mojej samotności. Tej dobrej, konstruktywnej, spokojnej samotności. Tkwiłam w błędzie uważając, że najlepsze noce to te, spędzone w parze. Najlepsze są te, które spędzam w cieple, spokoju, przy dobrej muzyce rozkoszując się możliwościami, które daje mi samotność. Wszystko jest lepsze o 3.30.

sobota, 24 maja 2014

***

9 minut
może warto było zostać?
8 minut
lepiej nie rozmyślać
7 minut
sygnału wciąż brak
zegarek
telefon
5 do końca
wybacz, muszę iść

Wola/Wiara

Nie wierzę w brak możliwości. Nie wierzę w częstokroć powtarzane "nie mogę". Wierzę w "chcę" oraz "nie chcę". Od woli zależy wszystko, dlaczego więc tak łatwo unikamy decyzji poprzez argumentowanie niechęci brakiem możliwości? Oddzielmy te dwie kwestie. Możliwości zawsze jakieś są, tylko my nie chcemy. Boimy się, uciekamy, cofamy się, tłumacząc taki stan oklepanym "nie mogę".

Skończmy z tym. Otóż możesz. Ja mogę. Możemy. Najwyraźniej nie chcesz. Nie chcę. Nie chcemy. Zawsze jednak możemy. Możesz i umiesz, tylko nie chcesz. Nie ma nic złego w braku chęci, jednak nazywajmy rzeczy po imieniu, ponieważ w innym wypadku możemy dojść do zatrważających wniosków, które najlepiej zobrazujemy indywidualnie w swych umysłach.

Kto chce, ten umie, a, że może... Sytuacja jest jasna.

wtorek, 20 maja 2014

Księżniczka

Dorastałam w przekonaniu, że jestem osobą wartościową. Człowiekiem wartym rozmowy i zainteresowania. Interesującym stworzeniem. Niebrzydką dziewczyną. Słowem-osobą, która nie będzie mieć pod górkę. Osobą, której się chce, o którą się zabiega, z którą lubi się rozmawiać. Niestety, życie "dorosłe" zweryfikowało z trudem wpojone przez rodziców poglądy. Nie spełniło się nic z powyższych. Gdy potrzebuję kontaktu, muszę stoczyć o niego prawdziwą bitwę, gdy chcę być traktowana jako partner do rozmowy nie mogę pokazywać się na oczy. Muszę wszystko udawać. Ludzie nie walczą i walczyć nie będą o moje zainteresowanie. Jest wprost przeciwnie. Jestem, gdy czegoś potrzeba. Gdy ja potrzebuję, staję się niewidzialna. Z tego też powodu nie zamierzam posiadać dzieci. Po co tworzyć kolejną jednostkę? Jednostkę, którą można wychować na dwa sposoby, przy czym każdy z nich jest zły. Pierwszy polega na utwierdzaniu dziecka o jego wartości, co gwarantuje wspaniałe dzieciństwo i depresyjne życie po ukończeniu pełnoletniości, drugi zaś, polegający na konfrontacji dziecka z prawdą już od małego, powoduje zniszczenie całego świata małego człowieka. Trzeciej możliwości nie ma, dlaczego więc ludzie są tak okrutni i z ochotą oddają się prokreacji? W tym miejscu znów widzę dwie możliwości: przyjemność oraz chęć pozostawienia po sobie śladu. Obie są dla mnie niezrozumiałe, ale za to wyjątkowo łatwe do zbicia. Przyjemność jest chwilowa i wcale nie tak atrakcyjna, jak mogłoby się wydawać; zaś zostawienie śladu poprzez kolejną jednostkę chcącą tego samego kojarzy mi się jedynie ze ślimaczym śluzem na brudnej ulicy. Nie ma o co zabiegać. Bez tego też można żyć, może nawet spokojniej i w stanie bliższym szczęściu, nie zagłuszanym obawami natury moralnej. Nie warto poświęcać czegokolwiek dla kilkunastu minut. Lepiej zużyć je na cofnięcie się na przystanek i powrót do domu, zanim zdążymy się upodlić.

Dekalog

1.Ufaj pieniądzom, nigdy ludziom.
2.Ludzi kupuj.
3.Siebie sprzedawaj.
4.Nie wierz w sprawiedliwość.
5.Niszcz, jeśli nie chcesz być zniszczony.
6.Twórz kolejne nieszczęśliwe jednostki.
7. Nienawidź bliźniego swego jak siebie samego.
8. Wyśmiewaj wartościowych.
9. Wywyższaj śmieci.
10. Skończysz z nożem wbitym w plecy, więc nie wahaj się postępować tak samo.

Sygnał

Opracowuję egzaminacyjne zagadnienia z prawa rzymskiego i słucham Skinny Puppy. Nie spodziewam się niczego. Jestem pogodzona. Wtem słyszę sygnał telefonu. Czyżby...?-myślę. Nie, jednak nie. Oczywiście, że nie. Nawet nie miałam prawa tak pomyśleć, po tym, czego się dowiedziałam. Sygnał oznaczał jedynie wiadomość sieciową, jedyny numer, który od czasu do czasu coś napisze. A to zaoferuje taryfę z tańszymi minutami, a to dorzuci więcej smsów, a to zaproponuje nowy telefon. Po co mi jednak wszystkie te udogodnienia, skoro z telefonu właściwie nie korzystam? Do mnie się nie dzwoni, więc i ja nie dzwonię. Do mnie się nie pisze, więc i ja nie piszę. Telefon zastępuje mi zegarek i notatnik, ot co. Do tych celów wystarczy wyeksploatowany staruszek, który jest ze mną od czterech lat.

Nigdy, ale to nigdy, nie oczekuj niczego od ludzi. Umiesz liczyć, licz na siebie, etc. Ludzie są tylko po to, by się ranić. Zanieczyszczać środowisko. Niszczyć przyrodę. Może życie to tylko projekcja tego, co minęło? Tłumaczyłoby to sprawdzające się za każdym razem przeczucia. Nie utrudniajmy tego.

Po prostu pójdę, gdy usłyszę sygnał.

poniedziałek, 19 maja 2014

Powinnam zapisywać

Powinnam zapisywać
Wszystkie rzeczy, które mi mówili
Zgrabne kłamstwa
Obietnice bez pokrycia
Fałszywe komplementy
Wynaturzone pragnienia
Listy numerów z czarnego notesu
Cudze wspomnienia

Powinnam zamilczeć

Słysząc fałsz
Wyczuwając obłudę
Widząc oszustwo
Nie widząc sensu
Marnując dni
Licząc puste doby

Powinnam odejść

Widząc
Czując
Słysząc
Smakując

Powinnam odejść
ale wolałam zostać


czwartek, 15 maja 2014

Dym

Czego się boisz?
Dlaczego się boisz?
Tylko ty możesz sobie zaszkodzić.
Tam nic nie ma.
Nic nie pojawi się bez twojej zgody.
Tylko cisza.
Nic prawdziwego.
Nic złego.
Nic.
Goździki i dym.
Inny wymiar.
Wymiar nicości.
Dzieje się tylko ciału.
Środka nic nie dotknie.
Nie ma go.
Nie ma ciebie.
Jest tylko dym i zapach.

niedziela, 11 maja 2014

Samotność

Po co nam samotność? Kojarzy się ona przede wszystkim z cierpieniem, a jak wiadomo, nikt "zdrowy" tego nie toleruje. Samotność to ból, lęk, strach. Spójrzmy jednak na nią z innej strony. Postarajmy się trochę ją odczarować. Wszak stan ten jest idealny do słuchania muzyki, która w towarzystwie nie brzmi, do zachowania, które w towarzystwie nie uchodzi, do zdjęcia z siebie wszystkich masek i odetchnięcia. Idealnie, gdy w towarzystwie niektórych możemy zachowywać się tak, jak w samotności, jednak z założenia jesteśmy istotami pojedynczymi. Zatomizowanymi. Smutnymi. Może obecność innych w naszym życiu jedynie ukrywa prawdziwe stany emocjonalne, z którymi musimy się mierzyć w samotności? Stany, które tym bardziej bolą, im rzadziej są doświadczane. Człowiek jest elastyczny, łatwo przyzwyczaja się nawet do bólu, zwiększając jego próg. Dlatego też bezzasadne jest udawanie. Prawdą jest, iż niezależnie od naszych życiowych wyborów, stanu emocjonalnego, statusu materialnego, czy czegokolwiek innego, jesteśmy samotni. Samotnie się rodzimy i samotnie umieramy, jednocześnie negując istnienie śmierci, bojąc się jej. Nie zważając na fakt, iż jest ona wybawieniem, nie zaś przekleństwem. Żadne z pięknych słów nie zmieni stanu rzeczy. Kłamstwo, mimo, że powtarzane tysiąc razy, wcale nie stanie się prawdą. Często mówimy słowa, których znaczenia nie znamy. Dajemy przyrzeczenia, których nie jesteśmy w stanie dotrzymać. Szafujemy wielkimi słowami, tym samym bezczeszcząc je. Niezrozumiałe jest dla mnie używanie słów takich, jak "miłość" na przykład w odniesieniu do poszczególnych części odzieży czy jedzenia. Czy naprawdę gdzieś na tym świecie znajduje się osoba, która deklaruje gotowość do wszelkich poświęceń, sprzedanie siebie i wręcz tarzanie się w bagnie dla szmatki czy fastfoooda? Jeśli tak, nie chcę przyjąć tego do wiadomości. Miłość i piękno to dwa słowa, których nie da się odnieść do człowieka. Ludzie nie są godni miłości. Nie są też piękni. Są to słowa przeznaczone dla czegoś "ponad", dla czegoś wartościowego i tak wielkiego, że niemożliwego do wyobrażenia. Człowiek jest wadliwy, kłamliwy i słaby. Nawet, jeśli używa wzniosłych słów, w żadnym wypadku nie można założyć, że będą mieć one pokrycie w rzeczywistości. Człowiek to egoista, który mówiąc "kocham", myśli "chcę mieć cię jak rzecz". Istota, która mówiąc "piękna/y", myśli "jesteś przedmiotem". Człowiek nie jest zdolny do uczuć wyższych. Jedyne do czego dąży, to zaspokojenie własnych, pustych i bezsensownych pragnień. Słabość polega na pogrążaniu się w złudzeniach, którymi karmiono nas od małego, ale pora otworzyć oczy. W ludzkim świecie nie istnieje ani miłość, ani piękno. Istnieje jedynie samotność i nasza wybawicielka-śmierć.

Nihilizm

Nie mam ochoty, nie mam siły, nie mam motywacji. Zmęczona swoją własną głupotą słucham Ordo Rosaruis Equilibris i czuję się doskonale niekomfortowo. Faktu tego nie zmieni nic. Muzyka doskonale odpowiada stanowi ducha. Istnieję w samotności i zastanawiam się, czy posiadam kogoś, kogo mogę nazwać przyjacielem. Wydaje mi się, że tak jest, jednak, jak wiemy, przyjaźń weryfikowana jest przez sytuacje kryzysowe, więc skoro takie nie nastąpiły może nie powinnam szafować tym określeniem. Przyjaźń jest wręcz niezrozumiale niedocenianym zjawiskiem. Ludzie opierają się na związkach, które prędzej czy później się rozpadną. Rozumiem, że dadzą wielki ładunek emocjonalny i przeżycia, które ciężko zapomnieć, jednak to nie związek jest potrzebny, gdy czujemy się okropnie. W trudnych stanach emocjonalnych potrzeba bezinteresownego wsparcia, którego związek nie zapewni. Przyznam, że dopiero uczę się rozróżniać własne potrzeby. Na chwilę obecną wiem jedynie, że powyższe relacje "romantyczne" dedykowane są ludziom "pełnym", stanowiącym samodzielną całość, skoro zaś nie mogę zaliczyć się do takiej grupy ludzi, wnoszę, że nie nadaję się do tego typu relacji. Z całą świadomością uważam, że jestem osobowością niepoukładaną, niespokojną i samotną- potrzebującą wsparcia i braku interesowności, które to rzeczy zapewnia tylko i wyłącznie przyjaźń. Dlatego też do największych marzeń zaliczam posiadanie osoby, którą będę mogła nazwać przyjacielem. Osoby, która będzie przy mnie w trudnych chwilach. Osoby, przy której będę, gdy zajdzie taka potrzeba. Osoby, z którą relacja jest symetryczna, oparta na spokoju, jasności i, co najważniejsze, szczerości. Mam nadzieję, że zasługuję na przyjaźń i będę umiała udźwignąć jej ciężar odpowiedzialności. To jedyna relacja, której na pewno nigdy nie zepsuję. Jedyna relacja, która będzie w stanie sprawić, że poczuję się jak istota wartościowa, a może i jak człowiek w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Ognisko, którego nie było

Weekend zapowiadał się imponująco; impreza w piątek i ognisko w sobotę, czyli wreszcie dwa dni w tłumie, dzięki któremu można nie myśleć o sobie. Oczywiście dla mnie oba te dni rozpoczęły się rozgrzewającymi spotkaniami u mnie, co tylko dodało im uroku, także, gdy w sobotę koło 22 zaczęłam zbierać się na ognisko, byłam w komfortowym, trochę uśpionym i spokojnym, humorze. Dojechałam wyjątkowo szybko, tylko po to, by dowiedzieć się, że ogniska nie ma, ponieważ grupa trzydziestu osób została spisana za nielegalne jego rozpalenie. Momentalnie więc wszyscy wsiedliśmy do autobusu, którym przed chwilą przyjechałam i udaliśmy się w kierunku zachodzącego słońca nad Rudawę, by się trochę poprzeziębiać. Przeziębiane się uważam za udane, najwyraźniej reszta również do takich je zaliczyła, ponieważ przenieśliśmy się na miasteczko AGH, by, jak porządna sekta, rozpalać brykiet na trawniku i jeść zimną kiełbasę. Tu pojawia się najlepszy punkt, mianowicie cały czas marudziłam o smażoną kiełbasę, a, gdy zaczęłam jeść surową, okazało się, że niedaleko siedzi kolega, który posiada grill, tak więc przenieśliśmy się, celem jedzenia korniszonów i gorącej kiełbasy. Grupa wykruszała się coraz bardziej, aż zostało całe dziewięć osób, które raźnym krokiem udały się na, trwającego do 7 rano, aftera. Były tańce, śpiewy i whisky, a ja po raz pierwszy od roku wróciłam do domu naprawdę zmęczona. Zdecydowanie potrzebuję więcej takich wieczorów (i poranków), jednak warto zauważyć, że wychodzą one jedynie, gdy się ich nie planuje. Czasem mimo, że dzień nie idzie po naszej myśli, okazuje się być on lepszym, niż początkowo się zakładało. Pewna doza spontaniczności pomaga się oderwać i porządnie pobawić i teraz tylko zastanawiam się, kiedy nie uda się w ten sposób kolejny wieczór i kolejna impreza. Może to po prostu wiosna? Co znaczyłoby, że będzie więcej spontanicznych nieudanych wyjść, które może pociągną za sobą dobry humor? W każdym razie chyba lepiej się nad tym nie zastanawiać, tylko cieszyć się, że można było przeżyć tak przyjemny koniec tygodnia. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się samotnie, a to już bardzo dużo.

środa, 23 kwietnia 2014

Nocą budzi się narcyzm

Przed oknami przechadza się kobieta. Właśnie wyszła z kąpieli, jest naga. Nalewa trochę za dużą ilość szkockiej do szklaneczki, gasi światła, włącza muzykę, zapala papierosa. Przegląda się w rozwieszonych tu i tam lustrach. Afirmuje swoje ciało, rozsmakowuje się w samotności, gdy nadchodzi odpowiednia pora, zaczyna tańczyć. Ze swoistym zdumieniem odkrywa, że w tej sytuacji jej ruchy prezentują się jeszcze lepiej, niż zazwyczaj. Ma ochotę pokazać się światu w tej ciężkiej atmosferze intymności, acz uznaje, że nad aprobatę, wyżej ceni pełnokrwistość tej chwili. Chwili, w której nie potrzebuje niczego. Sama stanowi całość. Czuje, jakby znajdowała się na granicy bycia i niebycia. Zamyka oczy i rozkoszuje się, przesiąkniętym alkoholem i papierosami, powietrzem. Lubi dym, sposób w jaki przykrywa to, co zazwyczaj jest widoczne. Sposób, w jaki nadaje atrakcyjności pozornie zwykłym rzeczom i ludziom. Jako, że lubi patrzeć na palących ludzi, wie, że na nią w tej chwili również patrzyliby chętnie. Świadomość tego sprawia, że czuje się bardzo komfortowo. Ma kontrolę nad sytuacją. Niewiele rzeczy lubi bardziej, niż stan, w którym ilość jeszcze nie przekracza dopuszczalnej dawki, a już zaczyna działać. Czując, że zadowolenie zbliża się do niebezpiecznie wysokiego poziomu, gasi kolejnego papierosa i podziwia sposób w jaki jego dym pasuje do widoku ulubionego alkoholu. Co prawda, brakuje jej skórzanych rękawiczek, jednak następnym razem zadba i o ten element. W swoim narcyzmie nie może pozwolić sobie na niezaplanowaną spontaniczność przyjemności. Wszystko musi być idealnie i tak właśnie jest. Świadomość, że wygląda i czuje się tak dobrze, gdy nikt jej nie widzi, sprawia, że zaczyna lubić swoją anonimowość. Może następnym razem nie odbędzie się to w samotności; jeszcze nie wie. Wie za to, że niezależnie od tego, będzie czuć się wspaniale.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Norwegian Wood

Uwaga, to nie będzie standardowa recenzja, ponieważ i książka nie jest pozycją standardową. Murakamim zainteresowałam się w zeszłym roku, jednak moja lista lektur była pełna tak wielu tytułów, że przez dłuższy czas jedyną powieścią tego autora przeczytaną przeze mnie była "Kronika ptaka nakręcacza", która zachęciła mnie do zgłębienia twórczości tego, tak popularnego ostatnimi czasy, artysty.

W okolicach lutego tego roku, siedząc ze swoim wspaniałym humorem i innymi ciekawymi rzeczami na fb, zauważyłam status koleżanki, który okazał się być cytatem z jeszcze innej powieści Murakamiego, ona jednak, całkowicie w ciemno, poleciła mi "Norwegian Wood". Uznałam, że nowa książka może poprawi mi humor, więc gdy zauważyłam ją w Matrasie, na dodatek przecenioną, nie zastanawiałam się długo. Po powrocie do domu zaczęłam lekturę i już pierwsza strona sprawiła, że połączyła mnie z nią, jakże egzaltowana, relacja miłość-nienawiść. Po prostu trzymałam w rękach ni mniej, ni więcej, jak tylko książkę o własnym życiu, napisaną w 1987 roku.

Już pierwsze zdania tej powieści dosłownie wbiły mnie w fotel swoją intymnością oraz adekwatnością:

"Zastanawiałem się nad tym, co do tej pory utraciłem, nad straconym czasem, na ludźmi, którzy umarli albo odeszli, nad myślami, które już nie wrócą."

Kolejne zaś strony tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że trafiłam na wyjątkowy literacki zbieg okoliczności, na chwilę obecną pierwszy i jedyny.
Sposób, w jaki powieść oddziaływała na moją psychikę sprawił, że czytałam ją dwa miesiące (zazwyczaj tydzień to okres w którym dokończę wyjątkowo nudną lekturę). Co warto nadmienić, czytanie jej odbywało się w sposób inny niż do tej pory, mianowicie, by czytać "Norwegian Wood", musiał być dzień "Norwegian Wood". Lekturę tę byłam w stanie czytać jedynie w określonym stanie ducha, pozwalającym mi w pełni ją docenić. Tak więc, gdy niedzielnym, wielkanocnym rankiem natrafiłam na te słowa:

"Brnąłem jakoś przez kolejne dni, prawie nie podnosząc głowy. Jak okiem sięgnąć, widać było tylko bezkresne bagno. Stawiałem prawą nogę, po niej podnosiłem lewą, potem znów prawą. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie byłem pewien, czy idę we właściwym kierunku. Szedłem tylko po prostu przed siebie, bo trzeba było gdzieś iść."

poczułam się, jakbym właśnie przeczytała podsumowanie swojego życia, a przynajmniej jego ostatnich czterech lat. Ten cytat to moje życie począwszy od roku 2010.

"-Gdzie teraz jesteś? -Gdzie JA teraz jestem? Nie miałem pojęcia. Co to za miejsce? Widziałem jedynie niezliczone postacie ludzi zmierzających nie wiadomo dokąd. Wzywałem (...) z samego środka nikąd."

Ktokolwiek wchodzi na ten blog i czyta posty, czując, że mają z nim coś wspólnego- niech przeczyta "Norwegian Wood". Gwarantuję, że jeśli czujecie się podobnie jak ja, odnajdziecie się w tej powieści.

niedziela, 13 kwietnia 2014

N jak nicość

Grunt to mieć świadomość stanu faktycznego i pogodzić się z nim. Nie można mieć wszystkiego. Nie każdy może być obiektem starań. Nie każdy może być szczęśliwy. Zdecydowanie nie byłam, nie jestem i nie będę obiektem uczuć. Takie rzeczy zawsze mnie omijają, przechodzą obok. Zawsze w kluczowym momencie postępuję źle. Nie wierzę już w to, że kiedyś będzie inaczej. Dziś jest dzień i inaczej nie będzie. Muszę utwierdzić się w oziębłości, by nie dać się rozbudzić. Nie mogę pozwolić sobie na rozbudzenie, ponieważ wiem, jak się skończy. Jestem żywym trupem, który nie czuje szczęścia. Co smutne, nawet rodzina nie potrafi mi go zapewnić, mimo, że się stara. Ostatni raz szczęśliwa byłam w lipcu 2012. Przez pięć minut czułam się pewnie, spokojnie, na swoim miejscu. Czuję tęsknotę za czymś (kimś)? Może za sobą?

Nie wiem, gdzie się zapodziałam. Jetem zgubiona i nie widzę wyjścia. Zawsze jestem sama, nieważne z kim. Chyba potrzebuję nowych bodźców. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie chcę tak. Chcę być modelowym zdrowym człowiekiem. Nie czuć się  ignorowana, czy wręcz przeciwnie- oceniana. Może czegoś mi brakuje? Gdybym tylko wiedziała czego, żebym mogła to naprawić, byłoby o wiele lepiej, ale nie wiem. Rozumiem, że nie muszę być i nie będę osobą kochaną, ale w takim razie chciałabym wiedzieć, kim mogę być. Nie wiem nawet tego. Nie chcę być nikim. W jaki sposób zostawić po sobie coś wartościowego? Chcę móc coś dać innym, a czuję, że nie mam niczego. W takim wypadku mam nadzieję, że przynajmniej nikomu nie szkodzę. Gdy za bardzo się zapędzę, śmiało, dajcie mi po twarzy. Czasem się zapominam, a nie chcę szkodzić.

Tak bardzo bym chciała kiedyś móc zaprzeczyć pierwszym zdaniom, ale wiem, że tak się nie stanie. Na co dzień nie czuję się jak "ofiara", po prostu jest mi bezbrzeżnie smutno. Szkoda, że akurat tego nie można kupić. Byłabym pierwsza w kolejce, ponieważ wiem, że bezinteresownie nigdy tego nie zdobędę.

sobota, 12 kwietnia 2014

Teraz

Wmawiamy sobie, że w bliżej nieokreślonym "kiedyś" będzie lepiej. A może lepiej zmienić zasady gry? Czekamy na coś, co może nie nadejść. Po drodze może zdarzyć się mnóstwo przeszkód. Dlaczego sprowadzamy życie do czekania? Dlaczego nie czujemy "teraz"? Od dziś postarajmy się wszystko czuć "teraz". Nie czekać, bo nie ma na co. Nie ma również na kogo. Ludzie sami się pojawiają, wtedy gdy mają to zrobić. Coś czuwa nad porządkiem. Nie znaczy to, że jest dobrze. Po prostu JEST. Nie będzie, nie było, ale JEST. TERAZ. Starzejemy się i umieramy dzień po dniu, więc czekanie, to jedynie serdeczne zaproszenie śmierci. Śmierci fizycznej i emocjonalnej. Odrętwienia.

Tak, jestem odrętwiała. Tak, "ale" kasuje przód zdania.

Hey you, out there in the cold, getting lonely, getting old, can you feel me?
(...)
Don't tell me, there's no hope at all.

Is there anyone home?

Odrętwienie. W tej chwili nie pokażę gdzie mnie boli, ponieważ chwilowo przestało. TERAZ nie boli. Na takich chwilach warto się skupić.

Did I do something I could regret?

Die Krupps, moralniak i randomowe znajomości. Wystarczy dodać do tego niespodziankę z rana i mamy doskonały zestaw zamulacza.

Nie chcę umniejszać cierpienia fizycznego, ale z doświadczenia wiem, że jest ono zdecydowanie mniej dokuczliwe, niż jego psychiczny odpowiednik. Nie biorę i nie zamierzać brać tabletek. Moje ciało ma sobie radzić samodzielnie, kolejne ciosy mają je umacniać. Tym gorzej, że zdaję sobie sprawę z jego nieudolności. Część fizyczna umie dać radę, jednak psychika wysiada, a ja uparcie nie chcę jej pomóc. Skąd mam wiedzieć, czy pomoc nie okaże się przypadkiem kolejną pułapką?

Dobry myśliwy wie, że pułapka działa tylko wtedy, gdy jest zachęcająca. Patrząc w ten sposób, jasne staje się, dlaczego nie chcę pomocy z zewnątrz. Nie chcę wpaść w pułapkę. Nie trzeba mnie w nią łapać, ja sama do niej wchodzę.

Czuję, jak rozsypuje się mój sztampowy domek z kart.To ciekawe uczucie, gdy wszystko przelatuje przed oczami stanowi właściwie całkiem przyjemne wrażenie.

Plątam się, robię źle, podstawiam się. Popełniłam wiele błędów, więc muszę je odpokutować. Czasem mówię sobie, że losy są sprawiedliwe; za złe muszę zapłacić i tylko zastanawiam się, czy aż tak zraniłam tych ludzi, że zasłużyłam sobie na tyle?
Powinnam żałować?
Pytam, ponieważ nie żałuję. Niczego. To wszystko było tak, jak miało być, ale skoro o tym wiem, dlaczego mi tak smutno? Bardzo, ale to bardzo smutno, więc może podstawię się jeszcze raz? Wiem, co robię źle, ale i tak to robię.

Waste me, waste me, my friend. Nigdy nie jest za późno, by zawrócić? Dziś pogoda jest taka, jak dwa lata temu, ale mamy 2014 i nie mam tego, czego nigdy nie miałam.

Nigdy nie chciałam być dorosła, ale czuję, że ostatni pierwiastek dzieciństwa, który we mnie był, zniknął. Wszystko albo nic?

Niech ktoś obudzi mnie do życia.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

6/04/2014

Myślę
Odzywam się
Robię retrospekcję
Nagle jestem
Dwa lata młodsza
Nic złego się nie dzieje
Mam dziewięć żyć
Wypowiedziane słowa
 Bezpowrotnie ulatują
Z głowy
Wszystko jest dobrze
Znane staje się nieznanym
Mam ochotę wykorzystać
Moje życia

Może powinnam iść spać

niedziela, 6 kwietnia 2014

Niedziela

Czuję potrzebę podzielenia się z ewentualnymi czytelnikami tym właśnie zespołem. W tym momencie idealnie dopełnia mój dzień, sprawiając, że wszystko jest spójne. Bierzcie i korzystajcie, warto.


sobota, 5 kwietnia 2014

Kula zaszyta w ranie

Na archaicznych filmach wojennych możemy czasem zaobserwować żołnierzy (opcjonalnie kombatantów), którzy z braku odpowiednich warunków zaszywają ranę bez wyjmowania kuli. Nie będę odnosić się do tego od strony medycznej, ponieważ to całkowicie nie moja działka, użyję tego jedynie jako przykładu. Przykładu, że da się funkcjonować z nieoczyszczoną raną nawet wiele lat. Co więcej, po jakimś czasie przestaje ona boleć, a ta wciąż obecna kula staje się częścią człowieka, a czasem przedmiotem opowieści, zaś samo myślenie o otworzeniu rany w celu jej wyjęcia, sprawia ból pomieszany ze strachem. Tak więc, niektórzy trwają z kulą, traktując ją jak coś, co już do końca będzie im towarzyszyć. Oczywiście z racjonalnego punktu widzenia jest to głupota, lepiej przecież oczyścić ranę i pozwolić jej się porządnie zagoić, a towarzyszący temu zabiegowi ból potraktować jako zło konieczne, które jednak minie zostawiając nas w o wiele lepszym stanie niż przed tą ingerencją. Tu jednak trzeba nadmienić, że człowiek nie jest istotą racjonalną, często woli zostawić to tak, jak jest, z obawy przed swoją słabością i starciem się z bólem. Nie ma sensu koloryzować: boli, ale jest konieczne. Niektóre rzeczy po prostu trzeba zrobić, ponieważ zostawienie ich takimi, jakie są, powodować może tylko negatywne konsekwencje.

Czasem trzeba się cofnąć do miejsca, w którym zostawiło się zgubę. Poszukać jej na spokojnie, w samotności. W złej pogodzie. Nie czekać na odpowiedni dzień, tylko zacząć działać. Nie mam pojęcia jak szybko i czy w ogóle będzie lepiej, ale stanie w tym samym miejscu, w którym stałam kiedyś, powoduje, że czuję jakby coś mnie pchało. Ciało na przemian staje w miejscu i pcha mnie do przodu bez mej zgody, czuje się przeszłość, która nie jest z tyłu, ale obok, na wyciągnięcie ręki. Ona cały czas jest.

Idę ścieżkami, którymi swego czasu, w innych okolicznościach chodziłam bardzo często i czuję się dziwnie. Niby inaczej, ale tak samo, niby tak samo, ale inaczej i w pewnych chwilach cieszę się, że wygląda to właśnie w ten sposób. Duchy? Jedyne duchy, które naprawdę istnieją, to duchy miejsc, które wiązały się z naszymi ukochanymi osobami. Potrafią bardzo skutecznie wystraszyć przed życiem, uważajcie na nie i nie chodźcie z zanieczyszczoną raną. Będzie boleć, ale niektóre rzeczy zrobić trzeba. Od czasu do czasu wręcz należy spalić jeden most, żeby móc zbudować kolejny.

niedziela, 30 marca 2014

Studium przypadku?

Jest mi smutno, gdy patrzę na siebie. Po raz kolejny czuję się niczym, czym obrażam rodziców. Ludzie nie pomagają w czuciu się jak istota. Dla nich jest się zabawką, którą można wykorzystać i porzucić. Nigdy nie pozwalam sobie czuć się porzuconą, nie poradzę jednak nic na fakt, iż obecnie tak się czuję. Za mało wszystko. Czy to ze mną jest aż tak źle, czy może to osoby są nie te? O co chodzi? Dlaczego jest tak paskudnie samotnie? Byłam mądrym dzieckiem, teraz jestem głupią jak but pseudo dorosłą kobietą. Szkoda mi tylko rodziców. Naprawdę się starali, ale ja jestem debilem. Nie umiem nic stworzyć, za to niszczę z energią godną 16 letniej punkówy. Czuję się kiczowatym, niezdatnym do funkcjonowania odrzutem społeczeństwa, a kolejne relacje jedynie mnie w tym utwierdzają.
Może powinnam dać sobie spokój?
Zająć się tym, w czym jestem dobra, czyli nieistnieniem. Szkoda zaśmiecać ten świat, jest tu już dostatecznie dużo śmieci, a jak wiadomo, sprzątanie najlepiej zacząć od samej siebie.

Czuję się okropnie. Jakieś dziwne, niewiadomego pochodzenia drgawki, łzy w oczach i nieprzezwyciężone pragnienie przytulenia kogokolwiek. Jestem żałosnym tworem. Mam coraz bardziej dość.

Obudzę się rano i po raz kolejny zacznę udawać, że wszystko jest super. Ile można? Nie wiem, kto wymyślił frazę, jakoby życie miałoby być piękne. Nie znoszę go, na każdym kroku czekają jedynie rozczarowania i rany. Nie jestem masochistką, by sprawiało mi to przyjemność. Wysiadam. Nie wiem w jaki sposób, ale wysiadam.

Sztuka udawania

Tak, jestem zadowolona z życia. Tak, jest dobrze. Tak, lubię być singlem (beznadziejne słowo). Tak, lubię, gdy się mnie olewa. Tak, lubię być rzeczą. Tak, lubię być chora. Tak, raz w miesiącu to wystarczająco dużo. Tak, lubię się rozczarowywać. Tak, lubię udawać, że mnie to nie obchodzi.

Sądząc po moich relacjach, sztukę udawania opanowałam do perfekcji, tylko gdzie moja za nią nagroda?

sobota, 22 marca 2014

I was wrong

Przede wszystkim ta doskonała piosenka The Sisters of Mercy.
Po raz kolejny coś, co trafia do mojego oziębłego serca.

Słowa brzmią atrakcyjnie, szkoda, że zostają tylko słowami. Eldritch mówi: "mogłem ci wierzyć, ale tego nie zrobiłem". Eldritch postąpił dobrze, jednak nie zgodzę się, że w swym zdaniu się pomylił, wręcz przeciwnie. U mnie zawsze wygląda to inaczej. Nie mogę słuchać, ale słucham, by następnie wypominać sobie, że popełniłam błąd.Cierpiący ludzie są świetni. Inspirują. Jeśli tylko nie są mną.

Nie chcę nic nigdy czuć. Znaczy to, że jestem szczeniakiem? Mam nadzieję, że nikt tak nie uzna, ponieważ jest przeciwnie. Mam dość być osobą "bardziej". "Bardziej wszystko". Nie chcę, nie chcę, nie chcę tego. Niech się w końcu skończy. Jakkolwiek, ale jednak. Chcę doczekać końca i nie czuć nic.

Nie czuć tego nieopisanego smutku, gdy spacerując po swoim ukochanym mieście widzę ludzi, którzy nie są sami i chce mi się wyć. Nie czuć się frajerem, którego można wystawiać bez konsekwencji. Nie czuć się debilem, nie mającym nic ciekawego do powiedzenia.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że cierpimy sami i umieramy w samotności.Wmawiam to sobie każdej sekundy mojego nędznego życia, które staram się czasem spożytkować na poprawianie humoru bliskim. Dlaczego więc czuję się samotna? Nigdy nie byłam nie-sama. Zawsze jestem na widoku- sama. Gdy potrzebuję rozmowy- sama. Gdy chcę podzielić się radością- sama. Nie dziwi więc, że jeśli już spotykam się z ludźmi staram się stworzyć wokół siebie otoczkę człowieka bezproblemowego i zadowolonego z życia.

Prawda jest taka, że przy tej bezsensownej wegetacji trzyma mnie jedynie jakaś dziwna wyższa siła, której nie umiem nazwać. Gdyby nie ona, nie istniałabym już od co najmniej 7 lat. Nie wiem, czy mam być jej wdzięczna, czy wręcz przeciwnie. Żyję, ale samotnie i z poczuciem beznadziejności. Czy to ma sens?

Moja wolność ogranicza się do wyboru stylu życia, ale cóż, jeśli moim wyborem jest nie żyć? W takiej sytuacji jestem pozbawiona wyboru. Wszyscy wesoło zmuszają do życia. Nie rozumieją, że ja nie chcę. I tak nigdy nikogo nie ma, gdy potrzebuję.W najgorszych momentach zawsze jestem sama.Gdy spadam- jestem sama. Ludzie pojawiają się dopiero, gdy się podnoszę i przestaję ich potrzebować i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają, gdy mogliby pomóc.

W zasadzie dlaczego ktoś miałby mi pomagać? I tak nic nie znaczę, a trup zawsze jest fajnym powodem do towarzyskich pogawędek na imprezie.

Myliłam się myśląc, że chcę być kimś, z kimś i robić coś. Jedyne czego chcę to nie być.

I don't exist 'cause I don't see myself

Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.

I don't exist 'cause I don't see myslef.

Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.
Get real, get another.

If I were you, I wouldn't try.

czwartek, 13 marca 2014

Przedwiośnie

Jak ogon ciągnie się za mną egzamin. Akurat w krytycznym momencie mózgowi się odechciało. Zapragnął jedynie dymu i muzyki, w tym wypadku najpierw neofolkowych playlist, a następnie ostatniej płyty Bowiego. Głowa jest bardzo ciężka, tonie w dymie powoli, w rytm muzyki. Jest wiosennie zimno, ciemno, wygodnie. Dobrze siedzieć w mieszkaniu i myśleć o wszelakich wojażach, zamiast o obowiązkach. I tylko "Where are we now" odbija się echem w pustej czaszce.
W razie czego, palce są skrzyżowane.

niedziela, 16 lutego 2014

Pseudo wiersz nie musi mieć sensu

Sprawiasz mi ból
Cieszę się
Sprawiasz mi ból
Niszczysz mnie
Potwory nie siedzą w szafie
Koszmary nie dzieją się we śnie
Trzecia w nocy
Mgła w powietrzu
Suche oczy
Robię wyprzedaż, wpadniesz?

sobota, 15 lutego 2014

No love, baby

15 lutego 2014, 3 w nocy. Świętuję walęwtynki z kolejną butelką czerwonego wina oraz piosenką, mówiąca o mnie ("jeteśmy nikim, chcemy być kimś"). Cóż, jesteśmy nikim. Jestem nikim. Może i świetnym, ale nikim.
Przynajmniej mam wino i realne poczucie własnej wartości.
Kwiatki, czekoladki itp to nie dla mnie. Na takie zabawy zgadzam się jedynie, gdy kogoś lubię minimalnie bardziej, a nikt taki nie zaproponował nic ciekawego, więc samodzielnie zorganizowałam sobie czas w doborowym towarzystwie.
Niestety towarzysze muszą wracać, więc na placu boju zostaję sama z kolejnym winem i muzyką. Jest dobrze.
Wiem, na kogo mogę liczyć.
Jest bardzo dobrze.
Oby tak było zawsze.
I don't like the drugs but the drugs like me.

niedziela, 9 lutego 2014

Ballada śmierci

Teoretycznie wiem, że ludzie to jedynie mało atrakcyjne wnętrzności, które przestają mieć znaczenie z chwilą śmierci, jednak nie przeszkadza mi to w umiłowaniu ich umysłów, które często przestają istnieć jeszcze wcześniej. Kości i flaki. Nic przyjemnego. Nic ładnego. Nic, do czego można by się przywiązać. A jednak czuję potrzebę pomagania tym, których rozumiem. Nie umiem tego robić, może jeszcze bardziej szkodzę, a może (co jest opcją najbardziej prawdopodobną) wcale nie mam na nich wpływu. Grunt, że podkładam się jak wyborny masochista, chcę oczyszczać innych kosztem siebie. Na sobie mi nie zależy, niestety jednak wyjątkowo łatwo sprawić, by zależało mi na kimś. Pociągają mnie zagmatwane umysły. Na szczęście jest ich mało, w innym wypadku już dawno to ja byłabym ex człowiekiem.

Najgorsza jest świadomość, że znaczysz tak niewiele, iż nie jesteś w stanie na kogoś wpłynąć, a twoja osoba definiuje się jedynie przez innych. Czuję czasem, że jestem tylko sumą własnych znajomych i byłych znajomych, że nie ma we mnie nic własnego. Nie umiem stworzyć niczego dobrego, jedynie zaczynam, brnę co raz dalej i psuję.

Wydaje mi się, że całą swą osobą mówię "proszę, ukąś mnie". Usłyszałam kiedyś, że jestem naturalną ofiarą, która to teoria oczywiście nie była mi miła, więc podeszłam do niej buntowniczo. Z biegiem czasu dostrzegam jednak, że jest ona przynajmniej w części prawdziwa. Może nie jestem ofiarą losu spędzającą swe życie inaczej jak by chciała, wręcz przeciwnie, robię to co lubię i lubię to, co robię; bycie ofiarą objawia się u mnie inaczej, a mianowicie poprzez podstawianie się w sytuacje z góry przegrane. Wmawiam sobie, że jeśli ktoś ma to przechodzić, wolę bym była to ja, ponieważ, jak zawsze, poradzę sobie, w przeciwieństwie do osób, które mogłyby mieć mniej siły. W pewien sposób poprzez bycie tego typu ofiarą karmię swój niczym nieuzasadniony narcyzm. Mogę wmawiać sobie, że moje bycie ma jakiś sens i przynajmniej na chwilę zapomnieć, że jestem wcale-nie-takim-pięknym umysłem otoczonym gnijącymi flakami.
Wszyscy umrzemy, ale to nie znaczy, że mamy się zabijać.

wtorek, 28 stycznia 2014

Więcej wiadomości znikąd

Znowu.
Po raz kolejny.
Ponownie.
Brak mi słów dla własnej głupoty, do której egoizm nie pozwolił mi się przyznać.
Podstawiam się jak rasowa masochistka.
Potrzebuję strzału w tył głowy, bądź przyłożenia patelnią przez M.
Zadziwiające, jak szybko potrafi wrócić wszystko co złe i niepożądane.
Czy chcę bólu, czy po prostu tak ma być?
Z reguły nie wierzę w przeznaczenie, rozsądek każe myśleć, że sami tworzymy swój los, jednak podejście to stawia mnie w rzędzie skrajnych idiotek, do której to grupy nigdy nie chciałam należeć.
Tak łatwo mną manipulować?
Mój własny umysł manipuluje mną lepiej niż ktokolwiek.
Nie chcę tego.
Bycie własnym katem jest rzeczą wyjątkowo głupią.
Mózgu, odczep się.
Daj mi siedzieć w jaskini egoistycznego samozadowolenia nie zaburzonego żadnymi czynnikami zewnętrznymi.
Czyżby zasoby w kopalni samowystarczalności właśnie się wyczerpały?
W tej chwili jestem rasowym debilem.
Nie należę.
Niech ktoś mi przywali i przywiąże do wykonywania obowiązków, a nie zachcianek.
Może żyłam w zaprzeczeniu, a jako osobie zbyt mało inteligentnej doświadczenia mi nie pomogły?
Naprawdę nie chcę wracać.
Proszę, proszę, proszę.
Gdzie on jest?
Satysfakcjonujący egoizm?
Aż chce się przekląć. Takie rzeczy mózgu, zostaw proszę przynajmniej na czas, gdy będę umiała przekuć je w coś wartościowego.

Społeczeństwo poharatanych młodych ludzi o umysłach starców. Początek wieku stał się jego końcem.
Pointy nie ma i nie będzie. W życiu nigdy jej nie ma.

środa, 22 stycznia 2014

Karta choroby

Blog o wszystkim i o niczym. Moja mała oaza pełna równoważników zdań. Miejsce, w którym mogę bezpiecznie się wyszumieć. Zapomnieć, zapamiętać, przypomnieć. Krępująca, niczym nieograniczona wolność. By od czasu do czasu pozwolić przebić się prawdzie. Prawdziwej "ja", której nigdy nie potrafię zlokalizować. Odzywa się tak samo, jak sumienie- gdy jej się zechce.

Czytelnicy, nie bójcie się. Nie mam osobowości paranoidalnej, wolę inne schorzenia.

Czasem zastanawiam się, czy stan przeszły nie tyle minął, co przekształcił się w jeszcze gorszą formę. Tym bardziej podłą, iż na co dzień zachowuje pozory normalności.

Coś jednak się zmieniło. Nie czuję nic. Dosłownie. Ból nie boli. Przyjemność nie sprawia przyjemności. Może to jest ten etap choroby, który tożsamy jest z jej zadomowieniem? Nie odczuwam jej obecności, jednak kosztem tego staję się osobą bez. Człowiekiem gorszym niż wtedy, gdy cierpiałam intensywnie. Wtedy jeszcze walczyłam. Organizm się bronił. Ciało nie chciało się poddać. Duch nie pozwalał zapomnieć człowieczeństwa.

Wpadłam. Ten etap jest gorszy. Nie cierpię, ale powoli przestaję być godna miana człowieka. Osoby myślącej. Coraz gorsza. Rzeczy, którymi się brzydziłam przestały istnieć. Wszystko mogę przyjąć. Moja moralność upadła. Nie jest mi z tym źle. Czuję się komfortowo, godnie miana XXI wiecznej egoistki. Tak samo jak ludzie, którzy mi imponują (a może raczej imponowali). Egoizm mnie przerasta. Skupienie na sobie powoduje utratę czucia. Skupienie na innych powoduje nieznośny ból.

Wciąż nie mogę wybrać. Utwierdzam się w przekonaniu, iż najgorsi ludzie byli wrażliwi. Nie chcę, by to stało się mą cechą. Niech ktoś zburzy moloch i na jego miejscu zbuduje dom.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Tępe ostrze

Ostrze w mojej głowie nie daje nie spać
Lepiej mu, gdy nie myślę
Dobrze, kiedy daję się prowadzić na sznurkach
Każda część idzie w inną stronę
Nie chce mi się decydować

Jestem bezwolną zabawką własnego umysłu
Śmieje się z ciała
Patrzę w lustro, by zobaczyć kogoś innego
Nie umiem przebić się pod powierzchnię
Tak jest wygodniej

Miło pogrążać się w pseudo egotyzmie
Chcąc, nie chcąc
Moje ciało moją świątynią
A ja bezbożnikiem
Muszę nauczyć się grać w trybie własnego boga