poniedziałek, 3 listopada 2014

nie

Już nie. Permanentne poczucie winy za czyny niedokonane. Podległość, pełzanie i wykluczenie. Odrzucenie i brak szacunku. Już nie. Brak wytłumaczenia. Już nie. Ile można dawać? Jak bardzo pustą i wysuszoną wydmuszką można się stać, będąc kierowanym szeroko pojętą empatią? Czas pomyśleć o sobie, jednak nie jest to łatwe, gdy dojdzie się do wniosku, że ta droga prowadzi w jedną stronę bez możliwości nawrócenia. Światło po prostu powoli gaśnie. Coś jawi się w kąciku, by za chwilę zniknąć. Coraz ciężej przychodzi radzenie sobie z rzeczywistością. Pojawia się chęć, by przyspieszyć. Docisnąć pedał gazu do oporu, będąc powodowanym głównie nieumiejętnością prowadzenia. Goodbye, blue sky. Utwierdzam się w przekonaniu, że to nie dla mnie. Chcę polecieć, poczuć wolność, siłę. Poczuć, że panuję nad sytuacją. Nigdy więcej nie dostąpić wrażenia przeciekania przez palce. Gdzie ja w ogóle jestem? Co robię? Kim i po co istnieję? Wszystko, co dla mnie cenne, powoli i nieubłaganie umiera. Patrząc na to, wnętrze rozpada mi się na co raz to mniejsze kawałki. W którym momencie uruchomiłam zapalnik, który zaczął ten mały koniec świata? Czyżby nastąpiło to wraz z końcem października pewnego radosnego roku? Gniję. Aż za mocno czuję swój własny smród. W głowie kręci się wielka karuzela. Wydaje mi się, że w tym właśnie momencie pęka ostatnia, najmocniejsza nić. Jedna, nieistotna, niezauważona mistyfikacja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co o tym sądzisz?