niedziela, 16 lutego 2014

Pseudo wiersz nie musi mieć sensu

Sprawiasz mi ból
Cieszę się
Sprawiasz mi ból
Niszczysz mnie
Potwory nie siedzą w szafie
Koszmary nie dzieją się we śnie
Trzecia w nocy
Mgła w powietrzu
Suche oczy
Robię wyprzedaż, wpadniesz?

sobota, 15 lutego 2014

No love, baby

15 lutego 2014, 3 w nocy. Świętuję walęwtynki z kolejną butelką czerwonego wina oraz piosenką, mówiąca o mnie ("jeteśmy nikim, chcemy być kimś"). Cóż, jesteśmy nikim. Jestem nikim. Może i świetnym, ale nikim.
Przynajmniej mam wino i realne poczucie własnej wartości.
Kwiatki, czekoladki itp to nie dla mnie. Na takie zabawy zgadzam się jedynie, gdy kogoś lubię minimalnie bardziej, a nikt taki nie zaproponował nic ciekawego, więc samodzielnie zorganizowałam sobie czas w doborowym towarzystwie.
Niestety towarzysze muszą wracać, więc na placu boju zostaję sama z kolejnym winem i muzyką. Jest dobrze.
Wiem, na kogo mogę liczyć.
Jest bardzo dobrze.
Oby tak było zawsze.
I don't like the drugs but the drugs like me.

niedziela, 9 lutego 2014

Ballada śmierci

Teoretycznie wiem, że ludzie to jedynie mało atrakcyjne wnętrzności, które przestają mieć znaczenie z chwilą śmierci, jednak nie przeszkadza mi to w umiłowaniu ich umysłów, które często przestają istnieć jeszcze wcześniej. Kości i flaki. Nic przyjemnego. Nic ładnego. Nic, do czego można by się przywiązać. A jednak czuję potrzebę pomagania tym, których rozumiem. Nie umiem tego robić, może jeszcze bardziej szkodzę, a może (co jest opcją najbardziej prawdopodobną) wcale nie mam na nich wpływu. Grunt, że podkładam się jak wyborny masochista, chcę oczyszczać innych kosztem siebie. Na sobie mi nie zależy, niestety jednak wyjątkowo łatwo sprawić, by zależało mi na kimś. Pociągają mnie zagmatwane umysły. Na szczęście jest ich mało, w innym wypadku już dawno to ja byłabym ex człowiekiem.

Najgorsza jest świadomość, że znaczysz tak niewiele, iż nie jesteś w stanie na kogoś wpłynąć, a twoja osoba definiuje się jedynie przez innych. Czuję czasem, że jestem tylko sumą własnych znajomych i byłych znajomych, że nie ma we mnie nic własnego. Nie umiem stworzyć niczego dobrego, jedynie zaczynam, brnę co raz dalej i psuję.

Wydaje mi się, że całą swą osobą mówię "proszę, ukąś mnie". Usłyszałam kiedyś, że jestem naturalną ofiarą, która to teoria oczywiście nie była mi miła, więc podeszłam do niej buntowniczo. Z biegiem czasu dostrzegam jednak, że jest ona przynajmniej w części prawdziwa. Może nie jestem ofiarą losu spędzającą swe życie inaczej jak by chciała, wręcz przeciwnie, robię to co lubię i lubię to, co robię; bycie ofiarą objawia się u mnie inaczej, a mianowicie poprzez podstawianie się w sytuacje z góry przegrane. Wmawiam sobie, że jeśli ktoś ma to przechodzić, wolę bym była to ja, ponieważ, jak zawsze, poradzę sobie, w przeciwieństwie do osób, które mogłyby mieć mniej siły. W pewien sposób poprzez bycie tego typu ofiarą karmię swój niczym nieuzasadniony narcyzm. Mogę wmawiać sobie, że moje bycie ma jakiś sens i przynajmniej na chwilę zapomnieć, że jestem wcale-nie-takim-pięknym umysłem otoczonym gnijącymi flakami.
Wszyscy umrzemy, ale to nie znaczy, że mamy się zabijać.