piątek, 26 lipca 2013

Zjazdy rodzinne

Temat od zawsze znany i lubiany. Wszyscy uwielbiają zjazdy rodzinne. Ta lekka atmosfera, pełna spontaniczność i świetna zabawa bez wątpienia czynią z nich długo oczekiwane wydarzenia. Dodajmy, że bardziej wyczekiwane niż dostawa gorsetów w PC bądź koncert lubianego zespołu. Nie ma to jak spęd ciotek, wujków i niewidzianych od momentu ukończenia 5 lat, pociotków. Członkowie rodziny znający cię mniej niż dalecy znajomi to doskonali partnerzy do rozmów o przyszłości oraz życiu osobistym, a jeśli dodać do tego nieuniknione komentarze o prokreacji otrzymamy raj na ziemi. Zgodnie z moimi zainteresowaniami niedawno miałam okazję doświadczyć przemiłego spędu rodzinnego na cmentarzu. Nie mam na celu wyśmiewać się ze śmierci, do której odnoszę się z szacunkiem, ale z postaw niektórych uczestników ceremonii. Jakiej bowiem mowy pogrzebowej można spodziewać się podczas pochówku chorującej przez kilkanaście lat osoby? Oczywiście standardowego: "nie tak miało być", "nikt nie był na to przygotowany", zaś w kulminacyjnym punkcie ceremonii  pojawia się, pełne łez rodem z amerykańskich melodramatów, przedstawienie. Doskonała komedia. Zaprawdę, zazdroszczę wysoce rozwiniętych umiejętności aktorskich rodzinie, której działania jedynie przyspieszyły odejście chowanej osoby. Rodzinie, która za życia tej kobiety miała ją za nic, co nie przeszkadza jej w graniu doskonałego przedstawienia podczas którego pojawił się nawet autorski wiersz wyrażający żal po stracie. Nie zrozumcie mnie źle, śmierć nie jest śmieszna. Śmieszne jest podejście ludzi do jej tematu. "O zmarłym mówi się dobrze, bądź nie mówi wcale"- piękne słowa, ale moim zdaniem pozbawione sensu. Śmierć, jako nieodłączna część życia nie zmieni zdania o człowieku. Nie ma prawa. Jest jedynie zakończeniem, nie zaś odwróceniem kontekstu. Czy dobry bohater w momencie śmierci staje się zły, a zły staje się dobry? Nie. Czy śmierć musi być jednoznaczna z wykupionym na cmentarzu miejscem? Nie. W swoim niedługim życiu pochowałam wiele osób, które nie miały jeszcze umierać. Uważam, że o wiele gorsza jest śmierć emocjonalna niż fizyczna, ponieważ w wypadku tej drugiej pojawia się przynajmniej symbolizujące osobę miejsce, podpisane jej imieniem i nazwiskiem, nowy dom, który bez przeszkód (nie licząc wielkiej nierzadko odległości) możemy odwiedzać, zaś przy śmierci emocjonalnej nie możemy zrobić nic. Martwi nie mają głosu, nie sprzeciwią się, gdy będziemy ich nawiedzać. Z żywymi nie pójdzie tak łatwo. Mogę szczerze powiedzieć, że o wiele bardziej odczuwam nie pozostawiającą miejsca na domysły śmierć emocjonalną niż podatną na urojenia śmierć "rzeczywistą". Leżąc na swym wykupionym dzierżawą wieczystą miejscu, przyjaciel wciąż jest przyjacielem, dziadek dziadkiem, a utracona miłość- rzeczywistą. Najczęściej popełnianym przeze mnie błędem jest wykopywanie emocjonalnych trupów z grobów, czym profanuję ich pamięć. Próbując po raz kolejny zapominam, że co umarło, już nie ożyje. Z tego też powodu zdecydowanie wolę śmierć fizyczną, z ciałem spoczywającym w jednym, konkretnym, dość łatwym do zlokalizowania miejscu, śmierć stawiająca osobę, która nas opuściła w roli słuchacza niejednokrotnie o wiele lepszego niż był on za życia. Poruszając jeszcze temat płaczu, uważam, że nie ma on sensu, przynajmniej w wydaniu "na pokaz". Nie wiem jak wy, ale ja nie umiem okazywać mocnych emocji w towarzystwie. Płaczę jedynie w samotności, ponieważ boję się okazać innym słabość. Nigdy nie zdarzyło mi się to na pogrzebie. Więcej, zazwyczaj przy takiej okazji ciężko mi opanować paniczny śmiech, zaś sama rozpacz pojawia się o wiele później, w konkretnych życiowych sytuacjach, w których ta osoba zawsze towarzyszyła. Zazdroszczę, szczerze zazdroszczę umiejętności pokazowej rozpaczy na zawołanie, która na raz wyrzuca wszystkie nagromadzone emocje, by potem oczyścić umysł i samodzielnie żyć w nowej rzeczywistości. Nie potrafię przeżywać żałoby. W codziennym życiu pogrążam się w swoim udawanym cynizmie traktowanym jako osłonę przed ludźmi, którzy dostają się niebezpiecznie blisko, by nie dopuścić do straty, która i tak zawsze następuje. "To nie tak miało być", jednak czego innego można się spodziewać od piętnastu lat ciężko chorując? Może życzyć braku choroby? Przeznaczenie jest sprawiedliwe. Właśnie tak miało być. Tak jest dobrze. Lepiej prawdziwie się śmiać niż pokazowo płakać.



wtorek, 23 lipca 2013

Kim jestem?

Egzystencjonalną ekstrawertyczką skazaną na chroniczną samotność. Plamą z atramentu. Zabawną dziewczyną i depresyjną kobietą. Smutną osobą wszędzie szukającą dobra. Naiwną. Nieuleczalną. Nie dającą za wygraną. Na pokaz ignorującą to, co do mnie trafia. Rozprzestrzeniającą się jak grypa na jesieni. Łatwo na mnie zachorować. Łatwo się wyleczyć. Łatwo mieć dość mojej zewnętrznej lekkości i wewnętrznego ciężaru. Niosę ziarno niepewności. Rozprowadzam zniechęcenie. Handluję marzeniami. Daję rok w tydzień. Notorycznie cofam czas. Nie umiem pogodzić się z niepowodzeniami. Pragnę bardziej. Tęsknię bardziej. Potrzebuję mieć o co walczyć. Przez całe życie. Nie znam spokoju. Komfort mnie dusi. Niepokój pcha do działania. Nic mnie nie motywuje. Empatyczna do szpiku. Czuję cudze emocje bardziej niż ich "właściciele". Nie mam swojego czasu. Szczęście jest ułudą, ból prawdą. Nie znoszę masochizmu tak bardzo, że codziennie się biczuję. Swoim światopoglądem. Źle rozegranymi relacjami. Źle ulokowanymi prognozami. Fatalistka. Kundel. Bez właściciela. Dziesięcioletni pies w schronisku beznadziejnie oczekujący kogoś, kto zechce go wyciągnąć, zaopiekować się, zabrać do nowego domu. Bezdomna. Nie mam swojego miejsca. Było, ale zniknęło. Ktoś je zabrał i nie chce oddać. Moje miejsce nie jest dłużej moje. Trzeźwa pijaństwem i pijana trzeźwością. O wiecznie chorym umyśle. Chęć do życia uciekła 24 maja 2011. Nie wróciła. Czasem tylko podchodzi na odległość kilku centymetrów, całuje, po czym odchodzi ze śmiechem. Widzę ją na ulicy. Mija mnie udając nieznajomą. Uważa, by nikt nie widział. Nie przyznaje się do mnie. Chęci, nie wyszło nam. Znowu. Jesteś inna, ale ta sama. Zmieniasz jedynie rysy twarzy. Chęci, wiesz jak bardzo pragnę cię odzyskać. Wróć do mnie. Daj mi powód do życia. Nie chcę dłużej wegetować. Bez ciebie jest okropnie. Samotność tak bardzo boli. Wróć.

niedziela, 21 lipca 2013

Adres

Ruczaj i początek
Zima, wino, ciekawość
Nieznajomość
Niepewność
Sprawdzanie

Lubicz i kryzys
Wiosna, żubrówka, kopiec
Odnajdywanie się
Wiedza
Nauka

Wakacje i logika
Zmęczenie
Zawieszenie
Nadmiar niedoboru

Sto balkonów i nowy początek
Inaczej
Lepiej
Z wiedzą
Doświadczenie
Nadzieja
Smutek
Załamanie

Dwa tysiące trzynasty i oddalenie
Tęsknota
Strach
Radość
Mocniej, bardziej, dalej



piątek, 12 lipca 2013

Dość odważny i trochę wulgarny post. Wrażliwcy, nie czytajcie.

Nie będzie żadnym novum, jeśli powiem, że żadna miłość nie jest warta prób samobójczych. Tak samo jak żadna miłość nie jest warta poniżania się, udawania psa, stawiania siebie w roli podnóżka. Z perspektywy czasu i nowych możliwości widzę coraz więcej elementów z mojej przeszłości, które, często źle ustawione przeze mnie, doprowadziły do niezbyt przyjemnych sytuacji. Seks stał się nieudolnym sposobem zatrzymania kogoś przy sobie, sposobem, dodajmy, niedziałającym, przy czym nie przynosił on żadnej, nawet najmniejszej przyjemności, ponieważ cały czas okupiony był obawą przed opuszczeniem. Ba, to właśnie wtedy czułam się najbardziej samotna. Wiedząc, że osoba, którą kochałam chce jedynie mojego ciała, czułam, że nic z tego nie będzie, jednak złudzeniami szaleńca brnęłam dalej, mocniej, głębiej. Problemy mnie- ludzkiej poduszki, były nieistotne dopóki okres pojawiał się regularnie. Obietnicą, na którą mogłam liczyć była wycieczka za zachodnią granicę w celu przywrócenia mojemu ciału sprawności technicznej. Bolało, gdy mnie, skrajnie monogamiczną osobę, z pełnym przekonaniem nazywano kurwą. Nie oczekiwałam przeprosin. Uważałam, że tak ma być. Wydawało mi się, że wszystko jest dobrze. Faktu tego nie zmieniały nawet opinie bliskich mi osób, które z boku widziały więcej i lepiej, niż ja z bliska. Byłam zaślepiona i wmawiałam sobie, że to jest to. Chciałam dążyć do szczęśliwego zakończenia. Nie dawał mi do myślenia fakt, iż znajomi obiektu moich uczuć nie mieli mnie znać, a każdy nowy rok miałam witać w towarzystwie seriali. Uważałam, że w porządku jest wyganianie mnie przed 21, żebym przypadkiem nie została na noc. Cudownym był brak funduszy na bilet komunikacji miejskiej, gdy cierpiałam na chroniczną bezsenność i desperacko pragnęłam obecności, o którą zresztą prosiłam. Zaczęłam powoli, ale regularnie niszczyć swoje ciało w nadziei, że przestanę być ciałem, a zacznę być godnym uczuć człowiekiem. Żaden, ale to żaden sposób nie działał. Bolało jeszcze gorzej niż poprzednio. Zeszmaciłam się, żeby stać się godną opinii o sobie samej. W grudniu wmawiałam sobie, że tym razem na pewno zechce się ze mną spotkać, wyciągnąć na większą imprezę, czy po prostu posiedzieć. Oczywiście tak nie było. W końcu czego może się spodziewać fuck-friend, jak nie bycia jedynie fuck-friendem? I nie, nie jest dla mnie prawdziwą przyjaźnią stan, gdy dzwoni się jedynie, wiedząc, że ktoś będzie w okolicy, nie proponując, nie przyjeżdżając, bo szkoda pieniędzy i czasu. Nie jest przyjaźnią stan, gdy jedyna wizyta u przyjaciółki poprzedzona jest setką telefonów oraz podobną ilością smsów z jej strony, a jej problemy nazwane głupotami. Wciąż trwa, pewnie zawsze będzie gdzieś we mnie siedzieć uczucie do tego człowieka, jednak najwyższy czas otrząsnąć się, zrozumieć, że to było chore, dać sobie czas, spokój i pogodnie patrzeć w dobrą przyszłość.


Skończyło się co najmniej rok temu.

Słodka pierwsza miłość

Nienawidzę cię
dziwko
brzydulo
idiotko
kurwo

Nie powinno cię tu być

Chcę twojego ciała
ty mała
słodka
łatwa
koleżanko

Nie pokażę się z tobą
Niczego ci nie obiecam
Niczego nie będę ślubować

dziwko
brzydulo
idiotko
kurwo

Kocham cię
ale nie możemy być razem