sobota, 9 listopada 2013

XII

Autobus powoli dojeżdża do dworca. Wyłączam muzykę, wyjmuję z uszu słuchawki i pospiesznie pakując je do torebki, rozglądam się po stanowiskach. Wydaje mi się, że widzę znajomą sylwetkę, jednak uznaję to za przywidzenie. Skąd może wiedzieć, że przyjeżdżam akurat dziś? Nie rozmawiałam z nim przez połowę wakacji, pewnie czeka na kogoś innego. Może to Kaśka wraca z Warszawy? Wyjątkowo powoli wychodzę z autobusu, co rusz wpadając  na pozostałych pasażerów. Nie wydawało mi się. Podbiega do mnie, a na moje pytanie o powód jego obecności, odpowiada "siedzę tu od tygodnia, wiedziałem, że w końcu przyjedziesz". Wręcz rzuca mi się na szyję, co jest do niego całkowicie niepodobne, a ja, patrząc na znane mi ciało odczuwam uczucie osaczenia i narastającą chęć ucieczki.

Skąd wiesz? O co chodzi?

Nie jest to przyjemne powitanie. Ostatnie o czym można mówić w tym wypadku to romantyzm. Nigdy go tu nie było. Jest wyjątkowo nieprzyjemnie. Po raz któryś z rzędu zaczynam bać się obecności tego człowieka. Staram się powstrzymać emocje i wyślizgując się spod jego rąk podnoszę wzrok tłumacząc, że mój napięty rozkład dnia nie pozwala mi na niespodzianki. Początkowo spokojnie, a następnie coraz bardziej natarczywie oferuje mi swoje milczące towarzystwo. Zgadzam się, nie chcąc tracić więcej czasu na niepotrzebne rozmowy. Ciągle towarzyszy mi lęk przed czymś, co może się stać. Staram się jednak kontrolować, przypominając sobie, że nie jest to człowiek tego typu. Może grozić, czasem upokarzać, ale nie jest w stanie wyrządzić fizycznej krzywdy, chyba, że pod przykrywką zabawy.
W głupim odruchu odwracam się do niego mówiąc "wiesz, że nie chcę się bawić", co powoduje przekorny uśmiech na jego twarzy.
"Którą linię potrzebujemy?". Odpowiadam, podając dwie trzycyfrowe liczby. Spogląda ponownie na rozkład, następnie na zegarek.
"Nie opłaca nam się czekać dwadzieścia minut, dotrzemy tam inną drogą"-mówi, prowadząc mnie w swoich objęciach na położony nad dworcem parking. Rozglądam się w poszukiwaniu znanego mi białego auta, jednak nie znajduję go. Okazuje się, że pojedziemy innym samochodem, ciemnoniebieskim kombi. Najwyraźniej w końcu postanowił kupić nowe auto, myślę, wstrząsając ramionami.
Prosi mnie o podanie dokładnego adresu, podaję więc nazwę ulicy R. Jedziemy w całkowitej ciszy do momentu, gdy zauważam, że obrana przez niego droga wiedzie pod całkowicie inny adres.
Cóż, pogrążyłam się w myślach, więc nie słyszałam, gdy zapewne tłumaczył mi szybszy objazd. Jedak nie. Zatrzymujemy się na ulicy D. Nie pojawię się tam, gdzie powinnam.
Eleganckim gestem otwiera moje drzwi od strony pasażera i w kolejnym, dziwnym, dziś ruchu, trzymając mnie w rękach jak pannę młodą, wnosi mnie do mieszkania na pierwszym piętrze przeciętnie wyglądającej kamienicy, stojącej mniej więcej w połowie ulicy D. Zabrania mi się odzywać, po czym otwiera drzwi oznaczone numerem "3", mówiąc: "powiedziałem, że ją tu przywiozę i dotrzymałem słowa, teraz wy".
Rozglądam się po dużym pokoju o powierzchni mniej więcej 30 m2. Ściany pomalowano na popielato. Mebli jest niewiele. W oczy rzuca się jedynie wysokie łóżko, jeśli można tak nazwać blat nakryty pościelą, oraz kilka foteli ustawionych wkoło, jak przy stoliku do kawy.

W tej chwili chcę jedynie wydostać się na zewnątrz, wiem jednak, że zależy im na mojej obecności, więc nie puszczą mnie zbyt łatwo. Ponadto całe ciało odmawia mi posłuszeństwa.
Podchodzi do mnie z wysoką szklanką pełną jakiegoś alkoholu i zachęca do picia. Nie musi tego robić. Z chęcią pozbędę się przynajmniej części świadomości. Wiedząc, co ma się stać, wolę nie przeżywać tego na trzeźwo.
Z dziwną ulgą spostrzegam, że alkohol działa inaczej. Widok się zamazuje, rozluźniam się tak bardzo, że chce mi się spać. Zauważam tylko, że przenosi mnie na jeden z foteli, po czym nie pamiętam już niczego.

Oślepiające światło powoduje ból głowy. Gdy otwieram oczy widzę pochylającego jego, pochylającego się nade mną. Całuje mnie w usta i mówi: "byłaś cudowna; pierwszy raz, naprawdę byłaś cudowna".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co o tym sądzisz?