wtorek, 16 kwietnia 2013

Małe studium

Wystarczy jedno słowo, a już sen staje się koszmarem, a poranek okrucieństwem. Wystarczy jeden człowiek, by wszystko zmienić. Wystarczy chęć, której nie ma, ale moja głowa wmawia sobie, że niedługo będzie. Moje pragnienie miłości nasiliło się tak bardzo, że widzę ją w postronnych. Patrząc na ludzi muszę mówić sobie, że ktoś z nich na pewno mnie kocha i nie mam siły wstawać z łóżka zanim w to uwierzę. Trochę przegrywam, trochę działam na własną zgubę. To wszystko nie jest ważne, jeśli mogę mieć jakąkolwiek chwilę ułudy, choćby nawet fałszywej bliskości. Mam ochotę krzyczeć. Chcę, żeby moje "nie!" cofnęło czas o dwa lata. Nie mam jednak wehikułu czasu, nie posiadam również na tyle mocnej psychiki, by działać konstruktywnie. Zamiast tego powoli, ale regularnie wypalam się, mając nadzieję na spalenie całkowite. Chcę wycisnąć to jak cytrynę, wykorzystać te mizerne resztki które mi pozostały. Kiedy jestem głodna nawet ogryzek staje się smaczny. Godzę się na rzeczy, którymi gardzę, ale jakie ma to znaczenie skoro od wiosny 2011 gardzę i sobą? Nie chcę doświadczeń, chcę szczęście. Wciąż.


Mocniej. Proszę, przestań. Skoro nie możesz dać mi szczęścia, przestań. Umysł nie jest dłużej mój, wkłada mi do głowy nierealne obrazy. Im bardziej próbuję nastawić się na codzienność, tym częściej w mojej wyobraźni pojawiają się obrazy z gatunku jak dobrze mogło być, gdybym nie spieprzyła. Spieprzyłam, nie umiem cofać czasu, mimo, że sprzedałabym za to duszę. Nie umiem się również pogodzić. Codziennie w mojej głowie rozgrywa się walka między stanem faktycznym a kompletnie bezzasadną nadzieją. Moja desperacja jest tak mocna, że chwytam się nadziei jak tonący brzytwy. Zaczęłam nawet wierzyć w cuda.

Nie boję się szeroko pojętej samotności. Jest o wiele gorzej. Ja już boję się tylko braku konkretnej osoby. Wiem, że bez tego właśnie człowieka naprawdę poczuję czym jest samotność. Wiem również, że z nim, nawet od czasu do czasu, czuję się szczęśliwa, normalna, na swoim miejscu.


Prawda: przegrałam już dawno, nie mam wpływu na własne życie, moja motywacja jest sto kilometrów dalej i nawet jeśli odległość zmniejszy się do 10 przystanków, nie stanie się bliższa. Z biegiem czasu coraz bardziej się oddala. Czuję się oszukana. Miało mijać. Miało minąć już dawno. To chyba zombie, bo jego agonia trwa dłużej niż życie. W ciągu dnia mój mózg (nie ja, ja nad nim nie panuję) zastanawia się jakim cudem coś z założenia trwałego może mijać. Sprawa rozjaśnia się, przyjmując, że słowa zawsze są kłamliwe. Chcę jednak wierzyć, że kiedyś, przynajmniej w tym jednym momencie, miało miejsce coś prawdziwego. Można do tego wrócić? Ja wiem, że można wrócić do wszystkiego, wystarczy chęć. Chęci nie ma, o tym również wiem. Wierzę jednak w drugą (trzecią, czwartą...) szansę. Może nie powinnam, ale cuda się zdarzają.

Fikcja: idę ulicą. Widzę ludzi, niekoniecznie szczęśliwych, choć moja głowa tak ich odbiera, jako, że nie wyglądają na samotnych. W wyobraźni widzę szczęśliwą siebie, kolejne poniedziałki, soboty, wakacje i najbardziej trywialne zajęcia. Przebywanie w domu do którego ktoś wróci. Mam na kogo czekać, co sprawia, że czuję się bezpiecznie, spokojnie i chętnie dzielę się szczęściem. Nie wiem skąd się biorą te obrazy. Wiem, że psują. Z nimi raczej nie dojdę do siebie.

Był czas, gdy uważałam, że wszystko minie, ale przepraszam, nie działa. Dlaczego nie mija?! Mówiłam kiedyś: "skoro nie mogę mieć wszystkiego, wolę nie mieć niczego". Obecnie postępuję wbrew tej zasadzie żywiąc moje serce odpadkami. Nie wystarczają mi, ale zaczęłam je akceptować. Wiem, że równie bezwolnie zaakceptuję gorsze rzeczy w temacie, które siłą rzeczy kiedyś się pojawią.

Moje ciało nie jest dłużej moje, to tylko ciało. Dobrze, że jest całe, ale znaczy mniej, niż umysł. Jestem chora, że nie mam dostępu do twojego. Zawsze brakuje.

Rogaty, jeśli chcesz mnie upolować, działaj. Wreszcie mam za co sprzedać wieczność.

2 komentarze:

  1. "Im bardziej próbuję nastawić się na codzienność, tym częściej w mojej wyobraźni pojawiają się obrazy z gatunku jak dobrze mogło być, gdybym nie spieprzyła. Spieprzyłam, nie umiem cofać czasu, mimo, że sprzedałabym za to duszę. Nie umiem się również pogodzić. Codziennie w mojej głowie rozgrywa się walka między stanem faktycznym a kompletnie bezzasadną nadzieją. Moja desperacja jest tak mocna, że chwytam się nadziei jak tonący brzytwy. Zaczęłam nawet wierzyć w cuda."


    Matko. Jakie to do bólu prawdziwe, również w moim przypadku. Z jednej strony mam ochotę krzyczeć "kobieto, ogarnij się! Nikt nie jest wart Twoich łez!"... tylko ja sama nie potrafię w to uwierzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Najgorsze uczucie z możliwych. Staram się ogarniać, ale to powraca jak bumerang, a uczucie wzmacnia się z dnia na dzień zamiast wygasać. Nie przestanę się dziwić, jak bardzo miłość potrafi zmienić człowieka, wręcz kompletnie przenicować.

      Usuń

Co o tym sądzisz?