poniedziałek, 11 czerwca 2012

Dzień bez kręgosłupa



Jak było do przewidzenia, trampki odeszły w odstawkę na rzecz pozorów bezpiecznej stopy w glanach dwunastkach, co pociągnęło za sobą konieczność stworzenia dobrych przeżyć stojących za ich pierwsza rysą. Okazja do tego nadarzyła się całe dwa dni później, na koncercie jednej z moich ulubionych grup metalowych, mającym miejsce w okolicy.  Wyczułam ten dzień jako moment odkupienia win, zakupiłam więc bilety w celu duchowego oczyszczenia z demonów przeszłości. Miałam za krótkie sznurówki, jakieś pieniądze w portfelu i ochotę do zabawy, zaś nie miałam przy swoim boku A, M, K, ani nawet N, co komplikowało sprawę.  Nie zrażając się jednak przeciwnościami losu takimi, jak zapchany zsyp, dumnie wkroczyłam  na salę z niecnym planem pozbawienia mych butów niewinności. Piwo miało smak imbirowy, co stanowiło miłą odmianę po trunku ze Święta Miłości, ludzie byli zróżnicowani pod każdym względem, płci wszelakich, w wieku od 5 do 65 lat, co po raz kolejny obudziło we mnie hipisowsko romantyczne instynkty, tworząc w mojej głowie idiotyczne frazesy o równości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co o tym sądzisz?