niedziela, 18 listopada 2012

Wzniośle

O miłości mówi każdy, częściej bez sensu niż składnie. W ciągu pierwszych piętnastu lat życia naczytałam/ nasłuchałam się na ten temat tyle, że moja głowa stała się pełna wzniosłych myśli. Jeszcze dwa lata temu uważałam, że jeśli kiedyś trafi mnie pijany amor, będzie to coś na kształt spełnienia marzeń. Motylki w brzuchu, nieprzymusowa dieta, darmowa euforia do końca życia. Oczywiście, nie byłam oryginalna w sposobie postrzegania tego zjawiska. Pojawiały się niby-okazje całkiem niezłe jako pole działania skrzydlatego, niestety, zamiast niego na wierzch wychodził mój, sprawny kiedyś, rozum. Generowało to wiele zabawnych sytuacji, o których chętnie, nie bez nuty złośliwości opowiadałam postronnym. Do czasu. W połowie ubiegłego roku uznałam, że karma jest sprawiedliwa. Wszystko, co rzucałam, odbiło się, trafiając   mnie w czuły punkt. Dłuższy czas zajęła mi identyfikacja tego, niespotykanego jak na moje warunki, stanu, przy czym trafne rozpoznanie go wcale nie przyniosło mi tak oczekiwanej radości. Zgoda, pojawiła się darmowa dieta, objawiająca się jako niemożność jedzenia w samotności, ale motyle były dość koślawe i zdecydowanie zbyt często uderzały o serce, powodując bolesne(!) otępienie. Ciągle jednak było to doświadczanie czegoś, czego chciałam od dawna, więc poddawałam się temu, czekając jak daleko się posunie. Doszło o wiele dalej niż się spodziewałam. Koślawe motyle zapełniły całe ciało. Najpierw poleciały do głowy, odejmując możliwość logicznego działania i sensownego myślenia, potem do ust, odbierając możliwość jedzenia i składnego wysławiania się, następnie zajęły nogi i ręce ustanawiając je niezależnymi od mojej woli. Ciągle jednak było ciekawie. Do momentu, w którym zorientowałam się, że założyłam lokatę w złym banku. Nie zwróciłam w porę uwagi na małą czcionkę, według której umowa nie obejmowała oprocentowania, za to zakładała możliwość licznych opłat  oraz ograniczeń korzystania. Zaczęłam szukać rozwiązania, przy czym im bardziej intensywnie go poszukiwałam, tym mniej pożądanym się dla mnie stawało. Każde było złe. Dałam za wygraną, niechętnie zostawiając sprawy własnemu biegowi. Skutkowało to do stanem żałosnej podległości, ten  brakiem własnego zdania, który z kolei poprowadził do oklepanej depresji.  W końcu stałam się gotowa wiele (by nie nadużywać melodramatycznego tonu, mówiąc "wszystko") poświęcić, byle tylko móc spędzić głupie pięć minut łudząc się, że uczucie jest odwzajemnione. Udawało się to mniej lub bardziej. Najdłuższy czas trwania u mnie mrzonki o wzajemności wynosił dzień. Przy tym wszystkim zabawnym było, że moje zachowanie wskazywało prędzej na wyraźną niechęć niż mocne uczucie. Było to niezamierzone i kompletnie irracjonalne. Może, budując złą opinię w oczach najbliżej mi osoby, karałam samą siebie za słabość i przeszłość na raz. W gruncie rzeczy to nieistotne, podobnie jak fakt, że będąc osobą od zawsze daleką od łez, zaczęłam zapełniać każdą wolną chwilę żałosnym płaczem. W żadnym momencie nie chodziło mi o marzenia przyprawiające każdego mężczyznę o mdłości, nie, moje mrzonki kierowane były chęcią zatrzymania chwili obecnej na czas bliżej nieokreślony, bez konieczności przejmowania się przyszłością. Nie zmieni to faktu, że zmiana cudzych skłonności jest niemożliwa. Wiedziałam o tym z moich, przedstawiających się odwrotnie, doświadczeń. "Nie wiem" jest równe "nie", którego za nic nie da się zmienić. Doprowadziło to do miejsca, w którym, ciągle żyjąc z nadzieją na przyszłość zajętą odwzajemnionym uczuciem, jednocześnie przestałam w nie wierzyć. Możliwe, że moja obecna skłonność za jakiś czas będzie tylko wspomnieniem, ale nie zmienia to faktu, że w tym momencie jest  bardziej świeża niż wczoraj, gdy wczoraj była mocniejsza niż dwa dni temu, i tak dalej. Rośnie zamiast znikać, a ja zasłuchuję się w piosenkę Nicka Cave'a, będącą niczym mniej i niczym więcej niż prawdą na temat miłości. Starajmy się jej nie wpuszczać, wszak ma brzydkich bliźniaków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co o tym sądzisz?