Powered By Blogger

czwartek, 15 kwietnia 2021

Wyrwa w umyśle

Wczoraj zaczęłam zastanawiać się nad samotnością. Kolejny raz w życiu dochodząc do podobnych wniosków. Być może stosuję swoisty psychologiczny efekt potwierdzenia, ale jest też możliwe, że całkiem nieźle obserwuję. Zobaczymy. W naszej kulturze "świata zachodu" samotność jest postrzegana jako swego rodzaju porażka życiowa, wszak człowiek jest istotą społeczną i kim ja jestem, by z tym dyskutować. Chcę się natomiast skupić na sposobie odczytu samotności przez kulturę, w której funkcjonuję całe życie. Według standardów bycie samotnym to brak partner*, dzieci, rodziców - zbiorowiska osób, które zwykło się nazywać rodziną. Pokuszę się w tym miejscu o stwierdzenie, że przynajmniej jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest wpływ epoki romantycznej. To ona w dominującej większości fetyszyzowała związki miłosne i rodzinne. To od niej zaczęła się moda na "cierpienie w imię miłości", czyli stan patologiczny, ponieważ, o ile o miłości wiem niewiele, o tyle zdaję sobie sprawę z tego, że powinna ona dawać wsparcie i pomagać rozkwitnąć, nie zaś potęgować, czy chociażby utrzymywać cierpienie. Mamy więc romantyczny ideał związku pełnego pasji, emocji, nierzadko traum i przeciwności losu. Jest on pokazywany jako atrakcyjny, ponieważ "coś się dzieje", wydaje się dawać adrenalinę, którą ludzie lubią do tego stopnia, że nierzadko stosują substancje mające wprowadzić w stan podobny, jak ten osiągany za jej pomocą. Patrząc zaś w kultury dalekiego Wschodu możemy poznać przekleństwo "obyś miał ciekawe życie". Skąd wynika taka rozbieżność? Nie wiem, pójdę więc dalej. Brak partnera czy biologicznej rodziny owszem, może przysparzać cierpień, ale czy ból ze straty ukochanych osób, szczególnie tych, z którymi spędziło się wiele lat, nie jest przynajmniej równie zły? Być może życie na co dzień jedynie ze sobą jest o wiele wygodniejsze, łatwiejsze i chroniące przed stratą. Być może będąc dziesiąt lat w pojedynkę, łatwiej jest przygotować się na śmierć, wszak rodzimy się i umieramy zazwyczaj sami. Jak czułabym się mając lat 90, gdy mój mąż zmarłby po 60 latach małżeństwa? Podejrzewam, że zagubiona, samotna bardziej, niż w pierwszych 30 latach życia i rozdarta. Zapewne miałabym wyrwę w umyśle. Czy z tego powodu lepiej unikać bliskich relacji? Przeciwnie. Bliskie relacje, jeśli tylko są dobrej jakości, pomagają się rozwijać i żyć pełniej, jednak fetyszyzowanie związków romantyczno-seksualnych uważam za szkodliwe. Przez takie podejście często zapomina się przyjażnie, ktore, ciche i niewidoczne niczym skała nocą, trwają mimo wszystko. Miłość przyjacielska to jedno z najlepszych uczuć, jakich dane mi było doświadczyć. Często rodzice nie potrafią, z różnych powodów, okazywać nam uczuć, czy nawet ich odczuwać. Przyjaciele nierzadko zastępują biologiczną rodzinę, zaś jakie znaczenie ma fakt, iż nie są bezpośrednio z nami skoligaceni? Jakby nie patrzeć, szukając odpowiednio daleko, wszyscy pochodzimy od "jednego" przodka.

poniedziałek, 16 listopada 2020

Ja to ona

Wróciłam tu po latach. Przestałam się uzewnętrzniać, gdy byłam w bardzo poważnym związku i potrzebowałam jeszcze półtora roku po jego zakończeniu, by przypomnieć sobie o sobie. Oceniałam się bardzo niesprawiedliwie. Walczyłam o "kocham cię", jakby nic innego się nie liczyło. Podejrzewam, że nikt nie przeczyta tego posta, trudno. Jak długo muszę leżeć w czarnym niebie, zanim uwierzę, że najpierw powinnam pokochać siebie? Mam to szczęście, że poznałam i poznaję dobrych ludzi, ludzi, którzy wiedzą jak odkodować niektóre z tych postów, wspierają mnie i motywują. Prawda jest taka, że bałam się stracić swój mrok. Ciążył mi jak szkolny plecak, ale bez niego czułam się bezbronna. Teraz już wiem, że potrzebowałam mroku, żeby jakoś przetrwać. Jestem na takim etapie, że ciężko mi powiedzieć, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie gwałt. Gwałt z któego zdałam sobie sprawę po ponad 4 latach, bo tak bardzo bałam się poczucia zbrukania, które wtedy doświadczyłam, że aż wyparłam z pamięci całą sytuację. Może przesadzam, może to nic takiego. Może fakt, że gwałciciel na dodatek pokazuje zrobione bez mojej zgody zdjęcia au naturel swoim kolejnym dziewczynom (ofiarom?) nie jest niczym szczególnym. Może popełniłam błąd, że nie poszłam od razu na policję. Jest mi wstyd, ale byłam sparaliżowana. Dawałam wkręcać się w chore relacje, ba sama je często nakręcałam, żeby tylko wyciągnąć na wierzch swoją ciemność. To bez sensu. Ona zawsze tam będzie. Lepiej ją narysować, niż używać w relacjach. Ciągle mam problem z lgnięciem do padalców i odrzucaniem dobrych ludzi. Leczę się jednak. Zaczęłam w styczniu tego roku, samodzielnie, z pomocą książek, a gdy doszłam do ściany i przeżyłam kolejne załamanie (tym razem z dobrą osobą obok), zaczęłam korzystać z pomocy fachowców. Nie wiem, co z tego wyjdzie. Na razie jestem otępiała lekami, ale mam poczucie, że idę w dobrym kierunku i zaczynam traktować siebie, tak, jak powinnam. Uczę się kochać siebie, żeby czuć pełnię, a wszelkie miłosne wyznania spływające od innych, były jedynie miłym dodatkiem. Jak mogę pokochać kogoś, nie kochając siebie? Zapewne niedojrzale i kolczaście, raniąc i ignorując uczucia drugiej strony, wmawiając sobie, że przecież ona nic nie czuje, a jej starania to nic takiego, wynikają one jedynie z charakteru. Kochając siebie będzie mi łatwiej docenić tych, których powinnam i, mam nadzieję, pozbyć się lęku przed intymnością w pełni znaczenia tego słowa. Bycie fuckboiem to skrót, na dłuższą metę zostawia dziurę, zamiast emocji. Naprawdę warte uwagi jest bycie sobą, kochanie siebie i dopiero wtedy dawanie siebie w odpowiedniej ilości. Przeżyłam dużo, zweryfikowałam pewne rzeczy i mogę z pełną świadomością powiedzieć, że oprócz osób, które wykorzystają cię, gdy tylko im zaufasz, są też takie, które twojego zaufania nie zawiodą, a jeśli będzie ci głupio, zaczną mówić, że robią to dla siebie. Nic tak nie pobudza jak toksyczna miłość, ale to ta spokojna uzdrawia i daje odpowienią perspektywę.

wtorek, 25 października 2016

Smrok

Wszystko jest przesycone lękiem. Każde działanie ocieka nim tak mocno, jak pączek tłuszczem. Czasem przez niego brakuje działania. Co będzie gdy. Co by było gdyby. Skąd mam wiedzieć, że będzie inaczej. Statystyka życia mówi sama za siebie. Czy, gdy w 90% przypadków osiągam wynik "A", jest sens próbować osiągnąć "B"? Teoretycznie próbować można zawsze, jednak. Urywa się nagle, jak nieoczekiwanie naderwany sznur, na końcu którego zawiązana jest pętla. Co jest prawdziwe? Czy samodzielnie tworzę własną prawdę? Odpowiedź pozytywna jest jednocześnie pesymistyczna, ponieważ przy założeniu prawdy indywidualnej, graniczy z niemożliwością wizja pełnego porozumienia z drugim człowiekiem. Szukam podobnego, a gdy tylko znajdę, zaczynam wiedzieć własne słabości. Najgorsze są puste oczy. Jesteś, ale Cię nie ma. Nie ma Cię, ale jesteś. Niezależnie od odległości jest pancerna szyba. To nieosiągalne pragnienie wejścia do głowy. Wgłąb umysłu. Empatia. Dajcie mi empatię. Słabości są takie piękne, jeśli są cudze. Mogę pokochać słabości, jeśli przestanę dodawać "jeśli". Czego się boimy? Chyba tylko tego, że wydamy się głupi. O, słodki egoizmie, ty, który grzebiesz we mnie szanse na rozwijanie czegokolwiek. Kiedyś pokocham Cię tak bardzo, że zechcę Cię zabić.

poniedziałek, 17 października 2016

No strings attached

Podobno aby stać się wolnym człowiekiem trzeba zabić swoich rodziców. Moim zdaniem należy posunąć się dalej. Usunąć rodzinę, znajomych, przyjaźnie, związki. Wyrwać wszystko, czym przesiąkliśmy, czerpiąc od innych, tak bardzo, że aż stało się to nasze. Rozerwać siebie powoli, kawałek po kawałku, zostać pustą skorupą i zacząć budować na nowo. Zamknąć się w swojej norze, skupić na sobie. Wyciszyć, zgasić światło i bez pośpiechu szykować się na to, co ma nadejść. Dziury zapełniać tak, jak urządzamy pokój czy mieszkanie. Dojść do swojego prawdziwego pragnienia z nastawieniem, iż może to zająć nieskończenie wiele czasu. Być. Być ze sobą brutalnie szczerym.

środa, 5 października 2016

Dope show

Każde kolejne podejście jest coraz bardziej tragiczne przy jednoczesnym coraz lżejszym stosunku. Granice jednak są niezbędne. Przesuwanie jest przyjemne, najlepsze uczucie, jakie mi dano, ale. Pójście dalej oznacza zatapianie siebie, a stabilnym i normalnym punktem zaczepienia to, co każdy zdrowy człowiek uzna za godne pogardy. Fascynacja wykluczeniem na dłuższą metę prowadzi do wykluczania siebie, swojej delikatności, inteligencji i wiedzy, w imię szeroko pojętych wspomnień na starość, podczas której nawet nie będzie komu o nich opowiedzieć. Świadomość samotności i nieuniknionego jej trwania z jednej strony powoduje brak prawidłowego osądu sytuacji, z drugiej zaś, podskórne pragnienie śmierci i do niej dążenie. Parę razy przydarzyły się sytuacje w których na myśl przyszło "to koniec", ale po początkowym szoku, dawały one poczucie błogiego spokoju. Jeśli tylko udałoby się skończyć będąc obok kogoś, będzie to lepsze od całej egzystencji. To wszystko jest w środku, tylko ja mogę na to wpłynąć, ale nie wiem/nie chcę/nie umiem. Może wygodniej przyjąć za pewnik, że znowu będzie tak samo, niż realnie wziąć sprawy w swoje ręce. Poświęcanie zbyt dużej uwagi innym. Gonienie za ekstremum. Pusta ciekawość prowokująca do postąpienia o krok dalej, mimo, że ciało i umysł mówią "nie, stop". Czemu nie? Co gorszego może się stać? Pewnie przekonam się kolejnym razem gdy z własnej (a może cudzej?) woli przesunę kreskę jeszcze dalej, powtarzając jednak, że to już ostatni raz. Wygodniej jest widzieć zabawkę. Mało kto chce być człowiekiem. Zbrodnię odczuwania można spróbować wyleczyć odpowiednią tabletką. Najpierw robisz to, bo chcesz poczuć, później bierzesz, żeby nie czuć już nic.

środa, 24 sierpnia 2016

Strange days

Bełkot. Bełkot. Bełkot.
Jak dobrze po trzech latach wrócić do słuchania The Doors. Najlepsze rzeczy potrzebują przerw. Gdy tylko coś staje się codziennością, należy to odrzucić i znaleźć na nowo odpowiednio późno.
Wiem, że nic nie wiem.
 Gdzie leży granica między jednym, a drugim?
Chemia ratuje, dając prostą, racjonalną odpowiedź na każde pytanie.
Czasem czuję, że jestem tylko impulsem w mózgu. Nawet nie w swoim własnym, ale cudzym. Jestem sumą cudzych oczekiwań i rozczarowań.
"Ja" tak naprawdę nie istnieje. To tylko wielokrotnie powtórzone "ty". Słuchając tego przez kopę, wydających się chwilą, lat, łatwo przestać się utożsamiać ze sobą.
Jaki cel ma przejmowanie się mieszkaniem, pracą itp, skoro w tym wszystkim i tak brakuje "ja".
-Kim chcesz być jak dorośniesz?
-Sobą.

Ciekawe, czy tam w środku jest cokolwiek zasługującego na to miano.

Rzeczą okrutną było podarowanie świadomości. Ludzie powinni być ślepi, może wtedy widzieliby coś więcej, niż ciało.

środa, 18 maja 2016

Złoty pstrąg

Szare kreski na błękitnym niebie. Bełkot. Delikatne powidoki blizn rozkwitają na jasnej skórze. Rozlazłość budyniu połączona z tanią elastycznością żelatynowej galaretki ciągle śmierdzącej resztkami kości. W ciele, którego tak bardzo nie możesz dostać zachodzi gnicie. Psują się zęby. Puchnie brzuch. Mózg przestaje działać. Oczy się zamykają. Ślepnąc widzisz światło. Światło to brak ciemności. Gładka powierzchnia odbija o ścianę twój umysł. Jesteś piłeczką tenisową w rękach lidera ATP. Trajektoria twojego lotu jest tak przyjemna, że zachwycasz się sobą. Puste narzędzie zafascynowane swoją głupotą. Ciebie prawda nie wyzwoli. Fioletowo zielone siniaki trzymają się do miesiąca udając pamiątki czegoś, co nie miało miejsca. Nigdy zawsze.